Nowy rok – nowe wyzwania. Oj tak!! Jakie? A takie! Polki. Moje wspaniałe Polki z Stowarzyszenia Polka Potrafi w Piasecznie chcą się uczyć ode mnie (!!!) organizowania siebie, w czasie. Już 20 lutego odbędzie się Śniadanie Przedsiębiorczej Polki (szczegóły niebawem).

No właśnie, a tak postawiony temat jest dla mnie wyzwaniem. Dlaczego? Bo jestem przeciwniczką szkoleń z zarządzania czasem 🙂 Przyznam się „bez bicia”, że w swojej kilkunastoletniej karierze trenera / szkoleniowca w biznesie, tylko raz prowadziłam szkolenie z tego tematu. Tak, tak!! tylko raz. I to nie dlatego, że nie było zapotrzebowania na ten temat. Bo było …

A to dlatego, że niestety jestem przekonana, że nawet jak dostarczy się ludziom narzędzia i wiedzę o tym, jak wyznaczać cele, jak ustalać priorytety, jak planować – to i tak zmiana nie nastąpi…. Trudno ją zainicjować na Sali szkoleniowej. Trudno tą zmianę zainicjować pod dyktando organizacji, która zleca szkolenie.

Zarządzanie czasem jest „w nas”! To nasza stała cecha związana z potrzebą strukturalizowania, bądź nie, otaczającego nas świata. To nasza osobowość podpowiada nam czy „chcemy” planów, czy nie. A osobowość zmienia się trudno … szczególnie jak jesteśmy już „po osiemnastce”. A przecież moje Polki, śliczne, mądre i fantastyczne, po osiemnastce są 🙂

To dlaczego się zgodziłam poprowadzić to śniadanie?

  • po pierwsze dlatego, że Pani Prezes Stowarzyszenia, czyli naszej Kasi się nie odmawia….
  • po drugie, że lubię wyzwania i wychodzenie poza sferę komfortu …
  • a po trzecie dlatego, że stwierdziłam, że nie będę „na siłę” zmieniać uczestniczek. Nie będzie to przecież typowe szkolenie. Będzie to opowieść o mnie. O tym „co JA” robię, by zorganizować swój czas.

Czy mam prawo o tym mówić?

Chyba mam. Chyba organizowanie czasu nieźle mi wychodzi, choć oczywiście mogłoby wychodzić lepiej.

Bo jak żyć? kiedy ma się dwoje dzieci z dwuletnią różnicą wieku. Gdy jedno chodzi do już szkoły, a od urodzenia ma zaburzenia integracji sensorycznej i stałej terapii. Co robić, kiedy od 6 lat mąż regularnie wyjeżdża, a w każdym tygodniu nie ma go jedną, czy dwie noce. Jak żyć, kiedy moi rodzice nie żyją? A teście są 160 km od nas…. i są mało mobilni. Jak połączyć moje ambicje zawodowe, dwie firmy, pracę społeczną, życie towarzyskie i dbanie o zdrowie? A!! I jeszcze prowadzenie domu, bo zupa zawsze musi być. Hmmy …. Jakoś trzeba. I jakoś to mi wszystko wychodzi. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale wychodzi …

I o tym „jak wychodzi” opowiem na Śniadaniu.

Ale zanim zaproszę Was na Śniadanie, poniżej przedstawię Wam kilka refleksji o tym, jak ja podchodzę do swojego czasu. A tym podejściem żądzą następujące hasła, zasady, skojarzenia.

Oto one:

  1. Wiedzieć CO jest najważniejsze. Odkąd jesteśmy rodzicami i odkąd nasz pierwszy Syn poszedł do przedszkola mamy jeden priorytet: „nasze dzieci są odbierane o 16.00 czy 16.30 z swoich placówek”. Nie siedzą w nich do 18.00 czy 19.00, choć mogłyby. To nasz priorytet. Kluczowa zasada, do której dostosowujemy swoje plany. Tak zwany punkt wyjścia wszelkich planów …
  2. Planowanie. Ja akurat planuję. Prowadzę kalendarz i papierowo i w outlooku. Bez odnotowywania sobie dat, godzin, zadań, nigdy bym nad nimi nie zapanowała 🙂
  3. Współpraca … ale prowadzę tak naprawdę dwa kalendarze w outlooku. Bo codziennie „wkradam się” w kalendarz męża. Tak, tak !! wpisuję mu swoje najważniejsze wydarzenia, a szczególnie te, które prawdopodobnie naruszą nasz porządek zawożenia i odbierania dzieci z przedszkola, czy szkoły. Jednym słowem, kiedy ja pracuję – on musi ich „ogarnąć”. Ale żeby to zrobił, też musi to wiedzieć z wyprzedzeniem.
  4. Pomoc. Zaczęłam prosić o pomoc teściową. Zaczęłam też warunki tej pomocy z nią uzgadniać. Traktować ją jako partnerkę, która zazwyczaj chętnie zajmie się moimi Synami, pod warunkiem, że nie będzie do tego zmuszana. Przymus nie działał … Wspólne plany działają!!
  5. Delegowanie. Są obszary, które oddelegowałam. Jakie? Od zawsze łazienki sprzątał mój mąż. Po pierwsze uważał, że on robi to lepiej. A ja nie chciałam się nawet ścigać z nim, moim „łazienkowym idolem”. Po drugie mam uczulenie od chemii i wygrało moje zdrowie. Dlatego ostatecznie co dwa tygodnie mam w domu Panią G. –  Panią, która sprząta. I co więcej zawsze podkreślam, że ona nie przychodzi do mnie, tylko do mojego męża. Bo tak naprawdę to jego odciąża…
  6. Akceptacja. Nie walczę z czasem. Akceptuję, że jest, że płynie, że nie mogę go zatrzymać, zmagazynować, przyśpieszyć, cofnąć. Doba ma 24 godziny. A ja muszę czasem sypiać. I jak napotykam zadania, do których kiedyś będę mogła wrócić, to czasem odpuszczam, odkładam, „zamrażam” je na później. Ale i wskazuję i nazywam takie zadania, sytuacje, które nie wrócą. I je celebruję. Celebrowałam pierwsze lata moich Synów. Byłam z nimi długo. Naprawdę dużo czasu poświęciłam na opiekę nad nimi. Ale właśnie, czy poświęciłam? Nie. Niczego nie poświęcałam. Tylko zaakceptowałam, że tak jest. Że to był ten czas dla mnie – dla nas – dla nich. Wyjątkowy czas budowania rodziny przez duże R.
  7. Dzieci to świetna wymówka. Rytm życia dzieci jest inny od rytmu dorosłych. Dzieci mają ferie, wakacje, przerwy świąteczne. Korzystam z tego. Korzystam na tym. Nie narzekam, że dzieci znowu mają wolne od szkoły. Biorę „to” dla siebie i spędzam wtedy z nimi jak najwięcej czasu. Fakt, czasem wtedy pracuję po nocach, by nie robić zaległości. Ale „coś za coś” …
  8. no właśnie „coś za coś” … czyli trudna sztuka wyborów i kompromisów. Ta zasada. A raczej ta lekcja była dla mnie jedną z najtrudniejszych do przepracowania. „Nauczyć się rezygnować” – o to jest wyzwanie. Nauczyć się dokonywać wyborów. Ha!! Niby oczywiste, ale jakie trudne. Ale tak jak pisałam wcześniej, doba ma tylko 24h, dzieci tylko „teraz” są małe i mnie potrzebują. Jeżeli „to wiem” – to co muszę wybrać? Z czego zrezygnować? Na co się zgodzić? Chcecie znać przykład?

Przez 6 lat pracowałam w domu. Czy było łatwo? Nie zawsze. Powodów jest wiele … bo dzieci za ścianą krzyczą płaczą czy śmieją się z mamą, bo mało uporządkowana przestrzeń, bo chciałoby się wyjść do biura w szpilkach, zjeść lunch, a nie zupę dzieciową. Ale, co zyskiwałam pracując z domu? Czas!! Dokładnie dwie godzinny dziennie, które straciłabym na dojazdy. I pieniądze. Bo dojazdy i biuro kosztują …

 

  1. Dzieci uczą się życia ze mną. Szybko musiałam się nauczyć, że nie zawsze wszystkie zadania i zawodowe i życiowe i domowe uda mi się „wcisnąć” w czas kiedy dzieci są pod czyjąś opieką. Moje sąsiadki robią zakupy, kiedy dzieci są w przedszkolu. Ja nigdy. Mi zawsze było szkoda tego czasu – wolałam wtedy popracować. I co ? Moi Synowie robią ze mną zakupy, jeżdżą po urzędach, chodzą do lekarza (z wyjątkiem ginekologa, ale jak byli mniejsi chodzili …). Zdarzyło mi się być z nimi na spotkaniach biznesowych, czy robić badanie potrzeb u Klienta. Da się? Da!! A przy okazji się życia nauczą. Dowiedzą się, co to praca. Czy to dla kilkulatków ważne? Wg mnie tak 🙂
  2. Relaks i przyjemność. Może to niepopularne co powiem, ale Marta IP czasem odpoczywam. Tak tak!! Nie dałabym rady się zorganizować, gdybym nie miała czasu totalnego luzu. Czasu na dotlenienie, relaks na trawie, sport, książkę. Czy pracę w ogrodzie :-). Aby spiąć się i mieć siłę na niektóre tygodnie i miesiące, inne okresy muszę mieć spokojniejsze.

 

I tyle.

10 zasad. 10 historii. 10 przykładów o tym, jak JA zarządzam sobą w czasie.

Zero (0) narzędzi, formatek. Ale za to 10 refleksji moich i o mnie, bo zarządzanie sobą w czasie zaczyna się „w głowie”. 

Do zobaczenia na Śniadaniu 🙂


Chcesz być na bieżąco z moim blogiem i podcastami?
Chcesz otrzymywać moje wpisy wprost na skrzynkę mailową?


Zapisz się na mój newslleter. Zostaw swoje imię i adres e-mail.