Po prostu być.
Po prostu być.
Po prostu być.
Te trzy słowa wracają do mnie przez cały maj.
I te pytanie, czy daję sobie prawo do tego, by „…by po prostu być?”
By po prostu spacerować? By po prostu spotykać się z fajnymi ludźmi, z którymi chcę się spotykać? By po prostu obejrzeć z mężem film? By po prostu ugotować smaczny, zdrowy obiad? By pojechać z Synami do szkoły rowerem, a nie w pędzie samochodem.
Te pytanie wraca do mnie dlatego, że dawno nie miałam tak spokojnego maja. Dawno. Chyba od 2003 roku… Tak dawno, że niedawno zorientowałam się, że chyba nigdy nie widziałam jak kwitnie akacja i że jest jej w mojej okolicy tak wiele. Tak dawno, że zapach kwitnącej akacji stał się dla mnie największym zaskoczeniem tej wiosny.
Zawsze maj był dla mnie intensywny zawodowo. W maju najwięcej szkoliłam, prowadziłam najwięcej projektów w biznesie. W tym roku skupiam się tylko na pracy coachingowej, na „moich” warsztatach.
I? I na życiu. Na byciu. Na zdrowiu. Na rozwoju. Na regeneracji.
A tymczasem biznesowe tematy rozkładają mi się w czasie, w zaskakujący dla mnie sposób. Przychodzą i parkują w kalendarzu na późniejsze miesiące, by zrobić mi miejsce na bycie.
Na bycie. Tu i teraz.
Jest to dla mnie piękny maj.
Ale też trudny, bo inny od dotychczasowych.
Pokazujący jak bardzo „potrzebuję intensywnej pracy”, by czuć się z sobą OK.
By czuć się ważną, wartościową, kompletną.
Jestem bardzo zaskoczona sobą, że toczę w sobie nieustającą walkę pomiędzy „byciem” a „działaniem” . Walkę, by ogarnąć, zrozumieć i finalnie zaakceptować w sobie te dwa stany.
Do dziwna walka, pokazująca granicę mojej akceptacji…
Granicę zgody na siebie taką jaką jestem i jakiej siebie (dla siebie) potrzebuję…

Dziś 29 maja czuję, że cieszę się z „bycia” coraz bardziej.
Uczę się żyć bez działania…
Życia wolniejszego…
Życia zdrowszego…
I nucę … nucę Melę Koteluk, która śpiewa przecież „Działać bez działania, żyć bez przymuszania”. Trochę za działaniem, za pracą tęsknię, za wyjazdami i śniadaniem w hotelu. Ale nie tęsknię tak bardzo, by puszować, by poganiać wszechświat, by mi to wszystko „tu i teraz, natychmiast dał”.
Nucę i myślę, że ten moment życia, w którym jestem pokazuje, że są we mnie dwie sprzeczne, a tak samo silne potrzeby.
Jedna potrzeba „bycia – relaksu, zwolnienia i celebrowania”.
Druga to potrzeba „pracy i działania”.
Uczę się nie wartościować tych potrzeb. Nie decydować, która jest lepsza, gorsza, która dojrzalsza, a która słabsza … Uczę się je czuć i za nimi podążać. Słuchać ich. Choć to nie jest moja natura, bo zostałam uwarunkowana do dużego i intensywnego działania …

Ucząc się swoich potrzeb widzę wyraźnie, że do tej pory nie potrafiłam sama, dla siebie i przez siebie zaspokajać potrzeby „bycia”. Złościłam się na innych, rzadziej na siebie – że „tego bycia” mam tak mało. Narzekałam na przepracowanie i gonitwę, nie robiąc zbyt wiele, by mieć jej mniej. Bo? Bo czułam, że praca i gonitwa dodaje ważności.
„Uważnia mnie” – definiuje, konstytuuje.

A teraz, gdy przyszło to czego potrzebowałam. Gdy ten maj okazał się świetną okazją do „bycia”.
To … to?
To poczułam dyskomfort, złość, smutek … że co?? „To ja mam tak sobie tylko być?” … „Czy ja będę OK tak, tak tylko będą?”
Ale jestem.
Po prostu jestem.
I jest OK.
Ja jestem OK.
Oswoiłam, a raczej oswajam ten stan.
Przeżyłam. Żyję. Nie zniknęłam.
Odkryłam za to bardzo dużo pięknych rzeczy. Oswoiłam wolniejsze, zdrowsze tempo i uwaga, wprowadzam ogromną zmianę w swoim życiu troski o swoje ciało i zdrowie. Mam nadzieję, że niebawem efekty będą zauważalne 
I jestem.
I celebruję bycie.

Do pracy szkoleniowej wrócę niebawem, zresztą już wracam i bardzo to mnie cieszy. Ale mam nadzieję, że będzie to bardziej „mój powrót”. Mój, bo bardziej połączony z byciem, z oddechem, z zdrowymi nawykami i wspomnieniem zapachu akacji.

Niedawno moja znajoma coach i mentorka, Asia Chmura napisała post o tym, że „skrzydła, aby wyrosnąć potrzebują miejsca, przestrzeni pustki”. Ja po prostu będąc zrobiłam sobie na to miejsce. Na skrzydła. Czuję, że rosną.
I może ta pustka, u mnie, kogoś dziwi, zaskakuje, niepokoi. Mnie samą bardzo, na początku – teraz już coraz mniej. Coraz bardziej ją oswajam.
A!
I jeszcze jedno. Ciągle wraca mi do głowy taka myśl, że nie możemy być w pełni zaangażowani w każdy obszar swojego życia – pracę, rodzinę, dom, zdrowie, znajomych, pasję … Że jakoś tak się dzieje, że dzisiejsze czasy pchają nas w bycie zaangażowanym w pracę, bo to takie ważne, potrzebne, konkretne i mierzalne. A zaangażowanie w życie, w zdrowie, w sens … jest ciągle społecznie deprecjonowane. Nie liczy się, bądź liczy się mniej … Nie mam zgody na taki stan rzeczy i choć ciągle ciężko jest mi dzielić uwagę pomiędzy pracę a resztę życia, to z dumą muszę powiedzieć, że ten proces nauki coraz lepiej mi wychodzi.
Coraz sprawniej oswajam myśl, że będąc zaangażowaną w rodzinę i w siebie, też jestem OK. Coraz lepiej wychodzi mi przełączanie się i bycie zaangażowaną w różne sfery, a nie tylko w zawodową.
Bo nie samą pracą człowiek żyje. To chyba prawda 🙏
Bo życie, bo #nażyć nie jest tylko ulokowane w pracy.
Musimy się tylko na to #nażyć otworzyć. Zaryzykować.
Ja zaryzykowałam i melduję, że żyję 

A Ty, czy „tylko bywasz” czasem?
Napisz jak to czujesz 
Dziękuję …

PS. Jeżeli interesuje Ciebie temat tego, by #poprostubyć to obejrzyj mój wczorajszy #live, w którym też nawiązywałam do tego tematu. Choć! Choć „oficjalnie” #live był o perfekcjoniźmie.

Dwa 10 czerwca organizuję warsztaty z #nażyć. Zapraszam, będziemy trenować to, by być! Lik wrzucę w komentarzu.


Chcesz być na bieżąco z moim blogiem i podcastami?
Chcesz otrzymywać moje wpisy wprost na skrzynkę mailową?


Zapisz się na mój newslleter. Zostaw swoje imię i adres e-mail.