Rodzicu! Co chcesz w sobie zmienić?

By stać się szczęśliwy, spokojnym i spełnionym rodzicem … Rodzicem AS’a?

Jedna z moich Klientek podsumowując sesję coachingową, dla niej (i dla mnie) jedną z najtrudniejszych i pewnie  jedną z najważniejszych, wypowiedziała mniej więcej takie słowa …

Już nigdy więcej nie będę wchodzić w zmianę, w „nowe” z starymi przyzwyczajaniami, nawykami, myślami, przekonaniami … chcę wziąć z tej trudnej dla mnie historii jedną bardzo ważną lekcję. Chcę dać sobie prawo do zatrzymania się, przygotowania się, przewartościowania siebie ilekroć pojawi się przede mną nowe wyzwanie –  los postawi przede mną zmianę, bądź ja na zmianę się zdecyduję. Kurna! Nie da się wejść „w nowe” po staremu. To wymaga transformacji. Zawsze! To wymaga przyzwolenia na transformację. Inaczej czekają mnie kolejne kryzysy, jak ten, po którym teraz próbuję zabliźnić krwawiące od lat rany … Nie chcę tak już! Zmiany w moim życiu, wymają zmian we mnie, „po mojemu” … a to wymaga przygotowania się i zatrzymania … Bez tego kryzysy gwarantowane …

I choć Klienta, która jest autorką tych słów nie jest Mamą AS’a czyli dziecka z Zespołem Aspergera, to te słowa magicznie można podłączyć do wielu rodzicielsko – AS’owych historii. Do mojej historii. Do wielu historii, które znam, których byłam cichą towarzyszką …

Dla mnie bowiem bycie Mamą AS’a to stałe odkładanie na bok, stałe zakopywanie „starych” założeń, przekonań i nawyków. To stałe zatrzymywanie się i przygotowywanie do nowych wyzwań … najpierw związanych z trudnościami rozwojowymi mojego Syna, z jego relacją z nami – ze światem – z bratem, potem z diagnozą, w między czasie w relacjach z bliskimi, potem w zderzeniu z kolejnymi terapiami, teraz z szkołą i dorastaniem. Bycie Mamą AS’a to zgoda na stałe „nie wiem” w moje życiu, które wymaga zatrzymania się, przyjrzenia się swoim emocjom, przyjrzenia się swoim potrzebom, zasobom, by mieć siłę do walki z codziennością, a co więcej mieć siłę do bycia w tej walce szczęśliwą i spełnioną. Czasem spokojną.

Uczepiłam się tego słowa „nie wiem” – bo to słowo, którego dziś w XXI wieku bardzo nie lubimy wypowiadać w stosunku do siebie. Bo? Bo chcemy wiedzieć. Chcemy być pewni. Chcemy kontrolować sytuację. Chcemy znać rozwiązania, recepty i czuć ich sprawczość…. I jak to wszystko teraz piszę to aż mam ciarki, bo wiem, że bycie pewnym i kontrolującym w byciu rodzicem AS’a się nie sprawdza, nie jest możliwe. A im bardziej tego chcemy, tym bardziej nam ta pewność i kontrola nie wychodzi … Wpadamy w tarapaty swojej obsesji bycia sprawczym. Wpadamy w tarapaty swojej chęci kontroli sytuacji. Wpadamy po uszy. Zderzamy się z ścianą, skałą … Ranimy siebie. Ranimy innych. Ranimy AS’a. Ranimy naszych partnerów.

A ja nie chcę ranić. Nie chcę być poraniona.

Chcę żyć. Oddychać. Cieszyć się. Czasem czuć spokój. Czuć spełnienie… a nie ciągle lizać rany.

A te  „wiem” „mam pewność”, to jedno z tych starych przyzwyczajeń, którego ciężar może nam bardzo ciążyć w zderzeniu z „nowym”, ze zmianą jaką niesie diagnoza dziecka, a potem wspieranie jego wyjątkowego rozwoju.

Tych starych przyzwyczajeń wyniesionych z domu, z kultury, z wyobrażeń o byciu mamą, rodzicem ja sama musiałam w sobie zmienić sporo.  Serio! Mój mąż świadkiem, jak ciężko bywało. Mąż świadkiem ileż to razy padałam, płakałam, by powstać. A On razem ze mną.

O to niektóre z nich. Niektóre, podkreślam!!, bo to bardzo krótka lista:

  • wspomniane „chcę wiedzieć, chcę kontrolować, chcę być pewna jako mama” >> zamieniłam na >> „od dziś „nie wiem” to moje królestwo – a dając sobie zgodę na „nie wiem”, mogę znaleźć odpowiedzi inne niż do tej pory, różne od tych oczywistych, czy doradzonych przez innych” …
  • „moje dziecko powinno się grzecznie zachowywać, bo mu o tym mówię, stale przypominam” >> zamieniłam na >> „moje dziecko zachowuje się najlepiej jak potrafi, biorąc pod uwagę bodźce jakie go aktualnie otaczają i rozpraszają. A moim zadaniem jest zmniejszać ilość bodźców, które mu nie służą. Uczyć go, by on zaczął z czasem eliminować te bodźce, unikać ich, ale też radzić sobie z nimi” …
  • „moje dziecko robi mi na złość, bo łamie przyjęte w naszym domu zasady” >> zamieniłam na >> „moje dziecko zachowuje się najlepiej jak potrafi – chce dobrze, ale czasem jest to dla niego bardzo, bardzo trudne … Ufam mu!” ..
  • „jestem dobrą mamą, bo moje dzieci się mnie słuchają” >> zamieniłam na >> „jestem dobrą mamą, bo słucham moich dzieci” …
  • „jestem empatyczna, bo skończyłam psychologię i jestem mamą” >> zamieniłam na >> „uczę się empatii, uczę się słuchać potrzeb mojego dziecka, uczę się nie oceniać i szanować jego odmienne i zaskakujące dla mnie potrzeby, uczę się je zaspokajać bez lęku o to, co pomyślą o mnie inni, którzy oczekują ode mnie jako matki innych zachowań” …

Czy było mi łatwo zmienić te przekonania? NIE

Czy wiedziałam, jak je zmienić? NIE

Czy ktoś mi podpowiedział, jak je zmienić? NIE

A jak to było możliwe?

Po pierwsze > uznałam, że to JA muszę i chcę się zmienić, a nie moje dziecko. Moje dziecko „ma papiery” na to, że zmiana przychodzi mu z trudnością. To ja jako mama muszę na tym etapie naszego życia zmienić swoje podejście do niego, do nas … A to może nauczy go kiedyś otwartości na nowe i zmianę …

Po drugie > dałam sobie prawo do „nie wiem”, a to jak wspomniałam, otworzyło mnie na szukanie rozwiązań… ale też na zmianę perspektywy. Na wyjście poza utarte schematy i wzorce, w których wzrastałam, których ode mnie oczekiwano.

Po trzecie > Zatrzymałam się. I to zatrzymywałam się wielokrotnie. Odkładałam na bok obowiązki i pracę, by skupić się na sobie. Na tym co czuję i przeżywam.

Po czwarte > zaczęłam robić porządki z swoimi emocjami, potrzebami. Ze sobą. To ja stałam się największym obiektem transformacji, a nie moje dziecko. Choć wielu rodziców AS’ów może uznać to za szaleństwo, to jednak był w naszym życiu taki rok kiedy nasz Syn chodził tylko na hipoterapię, a swoim rozwojem zajęłam się ja jako Mama, my jako Rodzice.

Po piąte > zadałam sobie bardzo ważne pytanie „Co JA? Co JA, Marta chcę w sobie zmienić? Co JA, Marta powinnam w sobie zmienić, by poradzić sobie z wyzwaniami, które stoją przede mną jaką Mamą AS’a?  … by być szczęśliwą, spokojną, spełnioną? Byśmy wszyscy byli szczęśliwi, spokojni i spełnieni….

Po szóste > dałam sobie prawdo do „halsowania” . Czym jest dla mnie halsowanie? To stałe bycie w zmianie. To płynięcie do celu, jakim jest moja wizja macierzyństwa i rodziny. To pokora w tym rejsie. To pokora wynikająca z świadomości tego, że bywają lepsze i gorsze wiatry, pogoda jest zmienna. To zgoda na to, że po drodze mogę spotykać  mnie przeszkody, mielizny, tabuny podstępnych piratów, którzy będą chcieli utrudnić mi moje i tak wielkie zmagania. Halsowanie to także akceptacja tego, że nie zawsze, nie codziennie uda mi się dotrzeć do celu. Będą dni (jak dziś) kiedy moja natura zwycięż i wydrę się na dzieci, zamiast z nimi rozmawiać …  Ale płynę. Nie poddaję się. A moje wartości, „nowe przekonania,” moje potrzeby są światłem, które oświetlają mi drogę …

Dziś jestem w takim momencie, że dalej, nieustająco halsuję. Dalej nie zawsze dopływam do portu jakim jest moja wizja macierzyństwa. Ale płynę … Jestem w ruchu. W świadomym ruchu.

Ale dziś wiem, że mój AS zmienia się dzięki temu (mojemu) halsowaniu niesamowicie. Rozkwita. Rozkwita on, rozkwita nasza rodzina. Jest nam coraz lepiej w naszym Aspergerowym świecie. A młodszy Brat, który czyta teraz Baśnie Andersena powiedział ostatnio, „Wiesz Brat, jesteś coraz bardziej jak łabędź, a nie brzydkie kaczątko, jak kiedyś … Kiedyś mnie ciągle dziobałeś, jak wściekła kaczka, a teraz jest nam fajnie. Fajnie nam jest …” Bo jeżeli nie wiesz, to baśń „Brzydkie kaczątko” uznawana jest jako baśń o inności, odmienności dzieci z zespołem Aspergera, bo podoba Hans Christian Asperger był AS’em.

Dziś jestem też takim w momencie, że umiem i chcę podawać dalej to, co sama w sobie zmieniłam, to co zaczęło zmieniać się u mnie i u mnie działać. Dzięki temu, że …

  • że jestem psychologiem, coachem, doświadczonym trenerem.
  • dzięki temu, że stale sama się uczę i rozwijam i doskonalę swój warsztat.
  • ale przede wszystkim dzięki temu, że jestem nieustająco mamą AS’a stworzyłam warsztat, który zatrzymuje i daje inspirację i narzędzia do tego, by się zmieniać.

Nie zmieniać dziecko, wkurzającą szkołę, niewspierających dziadków – tylko, by się samemu zmieniać i rosnąć w siłę. Dla siebie. dla Asa’a. Dla rodzeństwa. Dla rodziny. Ale dla S I E B I E w pierwszej kolejności i na pierwszym miejscu. Bo rozwój naszych AS’ów zaczyna się w nas samych.

Warsztaty „Ja Rodzic AS’a?” łączą w sobie wszystko co dla mnie ważne – pauzę, uważność dla siebie, pracę z emocjami, akceptację, empatię, odwagę i wyrozumiałość. Oswajanie siebie i AS’a. Trening zaufania do siebie i innych.


Na ostatnich warsztatach z Rodzicami AS’ów padły takie wnioski, odkrycia, myśli, refleksje dotyczące tego, czego Ci Uczestnicy potrzebują, nad czym chcą dalej pracować, co chcą w sobie zmienić, by stać się takim Rodzicem AS’a jakim chcą być … 

Podzielę się nimi w najbardziej poufny, intymny sposób:

#ZAUFANIE

Chcę ufać sobie jako Mama.

Chcę zacząć ufać nam, nam jako rodzicom, naszej intuicji …

Chcę się uczyć zaufania do mojego AS’a.

Chcę zaufać naszemu otoczeniu na nowo.

#RADOŚĆ

Potrzebuję radości, by żyć …

Chcę mieć więcej radości w swoim życiu, dać sobie na nią przestrzeń i zgodę …

Tak, zgodę na radość.

#UTKNIĘCIE

Czas się przyznać przed sobą, że utknęłam.

Ugrzęzłam w frustracji, zmęczeniu.

Byciu tu, w tym miejscu nic nie pomaga, nie służy. Ani mi. Ani naszej rodzinie.

Czas ruszyć z miejsca i zmieniać to co jest zmienialne – czyli siebie.

#ŁADUNEK

Niosę bardzo ciężki ładunek.

Nie jestem w stanie nieść go dalej sama.

Muszę, chcę pomocy.

Chcę byśmy ten ładunek nieśli razem z mężem.

#TRUDNOŚCI

Czas się przyznać do tego, że trudności z którymi się mierzymy wymagają wsparcia, pomocy innych. Nie chcę się mazać błotem sama.

Chcę się mazać z mężem. Nie chcę być w tym sama …

#EGO

Zachowanie mojego dziecka rani moje EGO. A ja robię wszystko, by się przed tym zranieniem obronić.

Jestem wtedy okropny …

Czas odłożyć moje EGO na bok. Być dla dziecka. Być z nim. Bo nie o EGO tu chodzi, a o miłość …

 

Chciałabym Ciebie, Droga Czytelniczko, Droga Czytelniczko prosić o empatię, brak oceny, szacunek do tych odkryć i wniosków. Za nimi, za tymi zdjęciami, za tymi kilkoma słowami kryją się prawdziwe, żywe historie. Historie pełne łez, pełne cierpienia i upadków, pełne często potu i krwi. Dla wszystkich tych osób, które miały odwagę przyjść na warsztat, na nim pracować – a były to Mamy i byli to Tatowie – te słowa, wypowiedzenie ich publicznie było wyrazem odwagi, wrażliwości i wielkiej szczerości wobec siebie. Podejdź proszę do nich z pokorą i szacunkiem. Bo wiem, że każdy na to zasługuje i tego potrzebuje … Ty też <3

.

.

.

I jeszcze jedno …

W 2018 roku minie 15 lat jak pracuję jako trener. Pracowałam z różnymi grupami. Z studentami i z pracownikami. W biznesie spotykałam specjalistów, liderów, dyrektorów i czasem prezesów. Od ponad roku spotykam, pracuję dużo z rodzicami. Dziś wiem, że jest to dla mnie najbardziej wyjątkowa grupa Uczestników, Klientów coachingowych. Bycie RODZICEM to najtrudniejsza rola przed jaką stajemy – nie ma w niej taryfy ulgowej, nie ma opcji urlopu i przerwy. Nikt nas nie zmieni. Nikt nas nie zastąpi. Będziemy w tej roli zawsze – tak długo jak my żyjemy, jak żyją nasze dzieci …Nie ma bardziej wrażliwej roli niż ta. Nie ma innej roli, która obok rozumu wymaga serca tak bardzo, jak ta …

A tymczasem trzeba przyznać, że nie każdy z nas uzyskał dobre wzorce od swoich rodziców. Nasi rodzice, to dzieci pokolenia wojennego, bo przecież nasi dziadkowie przeżyli wojnę, na pewno jej jakoś doświadczyli. Nasi dziadkowie, by przetrwać „musieli” wyłączyć emocje, wspomnienia, bardzo szybko zabliźnić rany. To „podali dalej” swoim dzieciom – czyli naszym rodzicom. To oznacza, że nasi rodzice to pokolenie, które nie zawsze miało umiejętność radzenia sobie z emocjami  swoimi, a co dopiero nas jako dzieci – bo skąd mieli to potrafić? Trzeba uznać, że nasi rodzice nie zawsze potrafili wzmacniać nasze poczucie własnej wartości, towarzyszyć w trudnych wyborach, wspierać w lękach. Bo skąd mieli to potrafić – wtedy nikt rodzicielstwa nie uczył … Trzeba uznać to jako fakt, ale nie po to, by przerzucić winę na naszych rodziców. Myślę, że nasi rodzice wielokrotnie „chcieli dobrze”, mieli dobre intencje. Nie chcę ich obwiniać, oceniać, rozliczać. Nie to mam na myśli – to nie o to tu chodzi. Trzeba uznać ten fakt po to, by wyruszyć w naszą, samodzielną podróż ku swojemu rodzicielstwu. Ku takiemu rodzicielstwu, jakie chcemy mieć i takiego jakiego potrzebują nasze dzieci …Trzeba uznać ten fakt, by przyznać się do swojego „nie wiem” jak mam postępować jako Rodzic, ” bo nie mam skąd wiedzieć” – bo ta deklaracja jest nam potrzebna, by wzbudzić w sobie potrzebę rozwoju, zmiany, doskonalenia właśnie w tej wyjątkowej roli … Bo to ciekawość siebie i naszego rodzicielstwa rozpoczyna transformację!

A ta transformacja wymaga odwagi, skupienia, pracy nad sobą … Decyzji, że zamiast ciągle narzekać, użalać się nad sobą, utykać w swoich ograniczeniach i pewnie nieświadomie popełniać te same błędy, chcę coś zmienić w sobie – nie w innych, nie w dziecku, nie w świecie, ale w sobie …. 

Stąd te warsztaty …


Kiedy kolejne warsztaty?

Niebawem, w lutym odbędą się te dwudniowe >> TU na FB znajdziesz więcej informacji. Zapraszam!!

A przypadku pytań pisz i dzwoń!

Zapisy ruszyły 🙂


Chcesz być na bieżąco z moim blogiem i podcastami?
Chcesz otrzymywać moje wpisy wprost na skrzynkę mailową?


Zapisz się na mój newslleter. Zostaw swoje imię i adres e-mail.