Wolno? Nie wolno? Oto jest pytanie!

Wolno? Nie wolno? Oto jest pytanie!

Czy mi wszystko wolno?

Czy mi wolno?

Czy mi, Marcie wolno?

To pytanie zadawałam sobie wielokrotnie. Odkąd pamiętam dudniło mi w głowie. Wracało do mnie w różnych momentach życia. Bo teoretycznie tak … Niby TAK!!

Zatrzymując się na chwilę. Zastanawiając się nad głosami, jakie słyszałam w dzieciństwie, to przypomnę sobie te, które mówiły, że „mi wolno”. Tak często mówiono mi, że „mi, Marcie wolno!!”. Byłam wychowywana w przekonaniu, że „świat stoi przede mną otworem”, że „marzenia można i trzeba realizować”, że „jestem dzielną lwicą i sobie poradzę”. Mówiono mi ciągle, że „Marta, jak nie Ty to kto?”. Tak! miałam to szczęście, że słyszałam te głosy. Głównie z ust mojej Mamy, Babci oraz Dziadka. Nie mogę temu zaprzeczyć. Były wokół mnie osoby, które dodawały mi odwagi w urzeczywistnianiu mojego JA … oj tak.

Ale.

Ale te same osoby mówiły mi też, że muszę, że powinnam, że dobrze było … bym była „grzeczną dziewczynką”. Przypominały, że „muszę być porządna”, że „muszę brać odpowiedzialność”, i …że „muszę być odpowiedzialna”, że „muszę myśleć o innych” … Te same osoby dawały mi do zrozumienia, że „mam swoje obowiązki do zrealizowania  … i tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy je zrealizuję, będzie mi cokolwiek wolno”. Dopiero, gdy zrealizuję je na odpowiednim poziomie, oczywiście. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek je zrealizuję. Jeżeli w ogóle „ten odpowiedni poziom” jest realny …

Ale.

Ale były też osoby, które mnie porównywały do innych. Ciągle, nieustająco porównywały mnie z innymi pokazując, że jak będę jak „ona” czy „on” … to może wtedy porozmawiamy o tym, „co mi wolno”. Tymi porównaniami stawiały mi tym samym oczekiwania, którym nie byłam w stanie sprostać. Takim oczekiwaniem było na przykład opanowanie fizyki.. Ja? Ech, w życiu. W życiu się tego nie nauczę i już … Jestem tępa w tej dziedzinie, takie są fakty. Tak jak faktem jest to, że w życiu nie nastąpi już to, co miało się stać, kiedy, tylko i jedynie wtedy, kiedy w końcu byłabym „orłem z fizyki , jak …”. Jak ten ktoś …

Były też osoby, które krytycznie podchodziły do mnie, moich zamiarów i moich planów, jak np. tych dotyczących studiowania psychologii. Psychologii, a nie medycyny. Dodam cała moja rodzina to lekarze, albo inżynierowie, humanistów brak!. były też osoby, które krytycznie podchodziły też do mojego sposobu patrzenia na świat przez pryzmat psyche, a nie tylko somy. Były też osoby, bardzo mi bliskie zresztą, które zupełnie nie interesowały się moją pracą, aktywnością społeczną, zainteresowaniami i osiągnięciami, a np. studiowanie, a potem praktykowanie psychologii sprowadzały do badań „o psach”. Tak o psach!! I nie chodziło tu o brak wiedzy, czym psychologia jest, ale o prześmiewczy ton … Tak. Tak było.

Ale.

Ale, zdarzało się też, że ktoś mówił mi, że „mi nie wolno …” „nie wolno myśleć o sobie, bo powinnam myśleć o innych”. Sugerowano mi, że „jako psycholog powinnam zrozumieć innych … a nie myśleć TYLKO o sobie”. I dodam, że dotyczyło to relacji prywatnych, a nie zawodowych. Sugerowano mi także, że „myślenie o sobie to egoizm i nie jest to w moim otoczeniu akceptowane”. Słyszałam też, że „moje potrzeby są mniej ważne, od potrzeb innych i ten fakt nie podlega dyskusji”. Słyszałam, „że porządni ludzie nie myślą o sobie, a ja mam być porządna”. Zdarzyło mi się usłyszeć, „że jak nie pomyślę o innych, to zostanę wykreślona z rodziny, inni się ode mnie odetną ….”

Zdarzało się. Ba usłyszałam to nawet wczoraj – „że jako psycholog powinnam wybaczyć, to jak ktoś mnie potraktował i zapomnieć o wszystkich krzywdach z strony tej osoby, po to by odbudować relację z tą osobą. Bo tak trzeba. Tak było by dobrze”. I znów padł argument „że nie wolno myśleć o swoich potrzebach”. A już tym bardziej „psycholog nie powinien”.

.

.

.

I muszę przyznać, że przez wiele lat trochę się w tym wszystkim gubiłam.

Trochę hmmyy … a może bardzo?

Przez lata po omacku szukałam swojego miejsca pomiędzy odpowiedzią na pytanie „czy mi wolno” czy „też nie wolno”.

Błądziłam  pomiędzy wolnością a odpowiedzialnością.

Krążyłam pomiędzy egoizmem a altruizmem. O altruizmie napisałam nawet pracę magisterską.

Szukałam swojego miejsca pomiędzy uległością, asertywnością nie pomijając również agresji. Nie mogąc znaleźć miejsca dla siebie ..

 

Zawsze jednak było mi bliżej do tego, że „jednak, mi, mi – Marcie nie wolno”. Tak jakby magiczny suwaczek wyznaczający w mojej głowie przestrzeń pomiędzy tym co „WOLNO” a tym co „NIE WOLNO” przesunął się w kierunku pola „NIE WOLNO”.  I zaciął się tam. Zaciął się dokładnie w tym miejscu.

W ten sposób w mojej głowie powstało przekonanie, że „będzie mi wolno realizować siebie, swoje potrzeby, swoje JA … DOPIERO i TYLKO wtedy, gdy w pełni zaspokoję potrzeby innych. Dopiero, wtedy kiedy inni uznają, że ich potrzeby są odpowiednio zaspokojone i dadzą mi pozwolenie na to, by było mi wolno realizować siebie”.

A dodam jeszcze, że tego uznania, zgody i akceptacji innych szukałam często także w oczach nie tych, których potrzeby zaspokajałam, ale także w dalszym otoczeniu. U zupełnie pobocznych osób.

Nieustająco szukałam zewnętrznej zgody na realizację moich!!, kurczę moich potrzeb. Szukałam tej zgody u innych, a nie u siebie. Tak, jakby czyjaś (nie moja) pozytywna odpowiedź na pytanie „czy ja – Marta zaspokajam potrzeby innych” determinowała moją wartość. Moje stanowienie. Prawo do mojego JA. I otwierała, dawała zgodę na to, by „było mi wolno zadbać o siebie”.

.

.

.

.

 

I tak było aż odkryłam słowo „i n t e n c j e”. 

Intencja to myśl przewodnia, z jaką podejmujemy działanie. Nasz faktyczny, autentyczny, szczery cel działania. Zamierzenie. Zamysł. Zamiar.

Odkryłam wtedy, że moim celem nie jest zranienie drugiej osoby. Bardzo rzadko działam złośliwie, z intencją zranienia innych. Szczerze tak jest!! Czy bywam złośliwa? Może czasem tak. Tak, jak każdemu człowiekowi, tak i mi może się to zdarzyć. W emocjach, w napięciu, w stresie robię różne rzeczy. Niech podniesie rękę ten kto, nigdy nie był złośliwy? Nie ma takich osób. I mi się to zdarza.

Ale świadome ranienie bliskiej mi, innej osoby …? Świadome działanie na rzecz ograniczenia potrzeb innych, tylko po to by czerpać z tego satysfakcję. Nie!! k###rwa to nie dla mnie!! To nie JA!! Tak nie działa Marta IP!! I nic mnie bardziej nie wkurza, jak przypisywanie mi tak podłych i fałszywych intencji. Serio! Nic mnie bardziej nie rani ….

Odkryłam więc, że moją intencją nie jest, by zaspokajać moje potrzeby, kosztem potrzeb innych. Robienie czegoś dla siebie, kosztem innych, tylko dlatego że ja tak chcę … Nie! Nie to nie moja bajka!!

Odkryłam, że moją intencją nie jest ranić innych, by zadbać o siebie.

Odkryłam, że moją intencją nie jest działanie na przekór innym, świadome ranienie ich, dokuczanie … tylko po prostu zadbanie o siebie. O siebie. O moje wartości. O moje potrzeby.

Ale odkryłam też, że wolno mi dbać o siebie, o moje potrzeby, moje wartości, nawet gdy oznacza to, że nie zaspokoję potrzeb innych, drugiej osoby. Bo zadbanie jednocześnie, w 100%, o sobie i innych jest po prostu cholernie trudne!! Masakrycznie trudne!! Szalenie trudne!! Czasem niemożliwe. Choć warto do tego dążyć, to wiem, że pełne „win – win” nie zawsze jest możliwe. Dajmy sobie do tego prawo! Ludzie! Dajmy sobie prawo do odrobiny ustępstw, tolerancji na błędy …

Ach w końcu odkryłam, że można dawać sobie prawo do tego, by np. zaspokoić swoje potrzeby w 85%, a jednocześnie czyjeś w 70% .. i to też będzie OK, jeżeli intencje są dobre.

Ale też odkryłam, że mogę o tym rozmawiać. Rozmawiać, negocjować, ustalać jak będą zaspokajane potrzeby i moje i tej drugiej osoby. Bo?

 

Bo w końcu odkryłam, że dopóty, dopóki moje intencje są dobre i nie chcę ranić, świadomie ranić drugiej osoby … wolno mi zadbać o sobie. Wolno!! Ach wolno!! Mam prawo do tego, by postawić siebie, przed innymi. Mogę. Mam prawo!!

Wolno mi zadbać o siebie, nawet gdy dopiero później zadbam o innych. Co więcej, nawet jeżeli zrobię to inaczej niżby tego oczekiwali … Do tego też mam prawo. Nie można przecież w działaniach na rzecz innych zdawać egzamin, w którym nie można stracić ani jednego punktu.

 

Ciągle odkrywam, że kiedy to zrobię, kiedy zadbam o sobie … mogę, przy okazji, zranić drugą osobę. Nieświadomie. Nieintencjonalnie. Tak może się stać. To ryzyko zawsze istnieje. Uczę się z nim żyć. Choć do tej pory robiłam wszystko, by tego ryzyka uniknąć i je minimalizować. Tak, tak było. Lęk przed zranieniem drugiej osoby. Lęk przed odrzuceniem mnie, gdy przestanę zaspokajać jej potrzeby paraliżował mnie.

Zamrażał. Ograniczał i blokował realizację moich potrzeb.

Pewnie mnie zrozumiecie. Dla zaspokojenia potrzeby przynależności jesteśmy w stanie zrobić bardzo, bardzo dużo …

 

A teraz?

A teraz uczę się akceptować ten dyskomfort, który pojawia się, gdy ktoś mówi mi w twarz „Marta, nie zaspokajasz moich potrzeb … nie robisz tego, tak jak od Ciebie oczekuję”. To trudne pozwolić sobie na ten stan niepewności, lęku, gdy słyszę te słowa.

Trudne. Cholernie trudne … bo „przecież zawsze byłam ekspertem w zaspokajaniu potrzeb innych i dbaniu i ich satysfakcję”. Trudne, czasem strasznie trudne. Trudne, ale możliwe do opanowania. Uczę się tego. Stopniowo. Każdego dnia.

To cena zadbania o siebie.

O swoje JA.

.

.

.

Czego jeszcze się uczę?

Dziś uczę się mówić „Nie jestem w stanie zaspokoić Twoich potrzeb” albo „nie wiem jak to zrobić”, czy też „jest to dla mnie trudne”.

Dziś uczę się prosić o pomoc, gdy sama nie jestem w stanie zaspokoić potrzeb osoby, która jest dla mnie ważna i o której potrzeby chcę zadbać.

Dziś uczę się też wybierać…

Wybierać osoby, o których potrzeby dbam bardziej, a o których mniej. Nie stawiam wszystkich na równi. Już nie. Nie stawiam wszystkich na pierwszym miejscu, przede mną. Uczę się skalowania ważności osób, w których zaspokajanie potrzeb chcę być świadomie zaangażowana. Dając sobie prawo do tego, że nie zaspokoję potrzeby wszystkich. Kiedyś dobro tych „wszystkich” było dla mnie najważniejsze … Ważniejsze od mojego dobra. To się zmienia.

Dziś magiczny suwaczek pomiędzy tym co „MI WOLNO”  a tym, czego mi „NIE WOLNO” przesuwa się w kierunku „tego co mi WOLNO”.  W kierunku WOLNOŚCI …   Powoli. Rozważnie. Bardzo uważnie, ale też odważnie.

Dziś uczę się stawiać granice. Krok po kroczku.

Subtelnie. Ale jednak stawiać.

 

Dziś uczę się oddzielać empatię, współczucie wobec innych, troskę … od uległości. Od uległości i rezygnowania z moich potrzeb. Chcę być empatyczna. I jestem! Empatia, troska – to podstawy mojej pracy. To moje najważniejsze postawy i wartości. Mam w sobie ocean empatii. I chcę z niej korzystać. Ale świadomie. Ale błagam, mili Państwo!! … empatia nie oznacza uległości. W empatii też trzeba stawiać granice, być rozważnym. Odważnym. Uważnym.

 

Dziś uczę się stawiać granice, gdy ktoś mnie rani. Gdy ktoś brutalnie, świadomie narusza granice moje, czy moich najbliższych. I stawiam te granice, nawet za cenę bycia odtrąconą.

 

I myślę sobie. I powtarzam sobie moje tajemne „zaklęcie”.

„Marta!! Jeżeli ktoś autentycznie Ciebie lubi, kocha, szanuj, ceni … to zrozumie Twoje potrzeby i Twoje granice. Wysłucha Twoich racji. Nie odtrąci Ciebie za jedną próbę asertywnego zachowania … za Twój błąd, czy jedno niedomówienie. Marta, taka osoba podejmie się rozmowy z Tobą. Podejmie się próby wsłuchania w Ciebie i opowiedzenia  też o swoich potrzebach. I choć ta rozmowa będzie trudna, dacie radę … bo „coś ważnego” Was łączy.”

I wiecie co? To „zaklęcie” działa!

No właśnie … Dziś uczę się asertywności. Jest mi z nią dobrze. Czuję się być blisko niej. A jednocześnie staram się unikać uległości i agresji, choć znów przyznam, że tak jak każdemu, to i mi może zdarzyć się powędrować w ich kierunku.

 

Dziś uczę się rozmawiać o intencjach.

Wyjaśniać moje zamiary, cele, założenia. Mówić nie tylko o tym „co” jest dla mnie ważne. Ale też o tym „jak” chcę to osiągnąć i „dlaczego”.

 

Uczę się też słuchać potrzeb innych. Ale też nie tylko potrzeb, ale też intencji.

Chcę z coraz większą życzliwością, akceptacją podchodzić do działań innych. Chcę wierzyć, że nawet, gdy inni mnie ranią, ranią mnie nieświadomie, nieintencjonalnie, nie na złość. Coraz mocniej wierzę w dobre intencje innych – podobnie jak wierzę dobre intencje moje. Wierzę, że jednak większość ludzi chce dobrze. Nie wszyscy, ale większość!

Co więcej. Wierzę też, że te wszystkie głosy, które usłyszałam w dzieciństwie. Te które tak bardzo wpłynęły na mnie i ukształtowały mnie na lata odbierając wolność, wolność zaspokajania moich potrzeb – nie były wypowiadane z intencją zranienia mnie, podporządkowania, ustawienia na końcu hierarchii.  Może część tak, ale nie większość. Tego jestem coraz bardziej pewna … Tak jak pewna jestem tego, że jakbym wtedy nauczyła się reagować inaczej. Inaczej, czyli tak jak uczę się dziś, to relacje z niektórymi osobami byłyby spokojniejsze, z innymi może, by trwały do dziś.

Ale też  uczę się przepraszać, gdy ranię innych. Szczególnie, gdy ranię nieświadomie. Nieintencjonalnie. Chcę być na takie sytuacje szczególnie czuła. Ciągle powtarzam sobie, że nawet przy najlepszych, najszczerszych intencjach mogę kogoś zranić. To ryzyko będzie zawsze. Dlatego zawsze chcę rozmawiać. Choć też ciągle się uczę, że nie zawsze ta druga strona może też tego chcieć.

 

Dlaczego dziś te nauki? Bo …

Dziś wiem jakie mam intencje.

Dziś wiem, że WOLNO MI DBAĆ O SIEBIE.

SIEBIE  i tu mam na myśli też moją najbliższą rodzinę – mojego Męża i moich Synów. Jedno się nie zmieniło, ciągle jestem lwicą. Jestem dzielną i silną lwicą, która dba o swoje „stado”. Co nie oznacza, że w tym stadzie też nie dbam o ustalanie granic 🙂 Oj, o te granice też trzeba dbać!

 

***

 

Ale dziś. Dziś pod koniec 2016 roku wiem, że słowo „WOLNO” ma dla mnie jeszcze jedno znaczenie.

Tak jak WOLNO MI ŻYĆ PO SWOJEMU.

Tak, też wolno mi ŻYĆ WOLNO … żyć wolno, powoli, długimi zdaniami.

Z czasem na siebie. Z czasem dla mnie!

To WOLNO, to MOJE tempo życia.

Wolne tempo. Tempo dostosowane do moich potrzeb, mojej energii i mojego zaangażowania.

A skąd ta myśl? Siedziało to we mnie od dawna. „Życie wolne”, to tak jak „wolność” – to jedne z najważniejszych moich potrzeb. Dziś wierzę, że się uda. Bo? Bo, to oto moja wróżba z Andrzejek.

 

Ni to żółw …

zolw

Ni to ślimak …

slimak

Kimkolwiek jest ten „ktoś”, to wierzę, że ten „ktoś” lubi wolno i lubi wolność. Mu zawsze wolno!! Mu wszystko wolno. On robi to wolno!!

Po swojemu …

Tak chcę i tego się trzymam!

 

 ***

A teraz  na koniec obejrzyj ten film:

Brene

 https://www.youtube.com/watch?v=WycHKComXZQ&feature=youtu.be

Ten wpis nie powstałby, gdyby nie teoria Brene Brown, a także cała wiedza o asertywności, jaką udało mi się wchłonąć przez lata studiowania i pracy w roli psychologa. Ale ten wpis nie powstałby, gdyby nie moja pokręcone życie i próba uporządkowania go w toku terapii lata temu, czy teraz, gdy korzystam z  coachingu w roli Klienta. Ale też, ten wpis nie powstałby, gdyby nie moi Klienci. Moi wspaniali Klienci i ich odwaga, gotowość, zaufanie w poszerzaniu świadomości tego, co „im wolno?”. 

Ale też ten wpis nie powstałby, gdyby nie świąteczny czas. Czas, kiedy spotykamy się i rozmawiamy z Bliskimi. Chciałabym, by w tych rozmowach było więcej przestrzeni na potrzeby, granice. Więcej akceptacji i miłości. Więcej wiary, że każdy chce dobrze, że intencje nas wszystkich są dobre … więcej zaufania, do siebie samych i siebie nazwzajem.

Tego sobie i Wam życzę …

13 myśli o asertywności według Polek, które potrafią.

13 myśli o asertywności według Polek, które potrafią.

13 myśli o asertywności według Polek, które potrafią!

Czyli moje subiektywne podsumowanie pewnego śniadania.

W piątek poprowadziłam, jak zawsze z wielką przyjemnością, śniadanie dla przedsiębiorczych Polek z Stowarzyszenia Polka Potrafi w Piasecznie. Jestem nie tylko dumną członkinią tego stowarzyszenia, ale też dumną Mentorką dla innych Polek, które potrafią, bądź dopiero zaczynają przekonywać się, że potrafią.

A śniadanie było o asertywności.

O tym, że „warto być asertywnym, nawet jak to się nie opłaca”. Tak, tak w ten sposób sparafrazowałam słynne powiedzenie, Ś.P. prof. Bartoszewskiego, który mawiał, że „warto być przyzwoitym nawet jak to się nie opłaca”.

Dlaczego?

Dlatego, że uważam że przyzwoitość, jak i asertywność to podobne postawy, wartości, czy też misje na całe życie. Asertywność i przyzwoitość łączy dobra intencja, myślenie o innych, wierność swoim wartościom i zasadom, ale też przekonanie że jest się przyzwoitym, dobrym i po prostu wartościowym. Wg mnie warto być i asertywnym i przyzwoitym. Tak po prostu, codziennie i przez całe życie. Choć. Choć nie zawsze jest to łatwe. Nie zawsze się udaje, bo jesteśmy tylko ludźmi, którzy czasem błądzą i błędy popełniają. I nie zawsze też się opłaca….

A o co chodzi z tym „opłacaniem”?

Wszyscy jak słyszę „opłaca”, to myślą kasa. Kasa, pieniądze, interesy, biznes, status, władza. I myślę, że często z punktu widzenia „kasy” i tych innych „materii” – nie opłaca się być przyzwoitym. W dzisiejszych czasach opłaca się być nieprzyzwoitym – czasem kraść, czasem oszukiwać, gnębić, poniżać, niszczyć, manipulować i na pewno ciągle kombinować. Z tego samego powodu „opłaca” się być agresywnym, a nie asertywnym.

Ale mnie takie „opłacanie” nie interesuje. Ja takie „opłacanie” – to JA Marta Iwanowska – Polkowska pierdzielę, pierniczę i odrzucam.

Ja wolę być przyzwoita. Warto być przyzwoitą, bo to się opłaca mojemu JA. Moje JA, jako JA dorosłego człowieka potrzebuje spójność. Spójności z wartościami i zasadami. Z wartościami, które cenię i którym staram się być wierna codziennie, każdego dnia, choć nie zawsze jest to łatwe. A nawet czasem jest to trudne.

A te wartości i wynikające z nich zasady bycia i życia to:

  • Szacunek – szacunek dla siebie i dla innych
  • Zmiana perspektyw – wierzę, że warto zmieniać perspektywę, by poznawać potrzeby, myśli, emocje
  • Dobro – ciągle mam przekonanie, że świat jest piękny a ludzie są dobrzy 🙂
  • Ludzie – jestem wierna temu, że od pieniędzy i materii, ważniejsi są ludzie i budowane relacje
  • Zaufanie – ufajmy ludziom, a będziemy spokojniejsi
  • Dobro – każdego dnia warto zostawiać po sobie coś dobrego
  • Życie – po każdego dnia trzeba się nażyć!!

I będąc wierną tym wartościom, czy też drogowskazom, chcę być przyzwoita i chcę być asertywna. To dla mnie ów wystarczające WARTO. Nawet jak (pozornie) to się nie opłaca …

I mam wrażenie, że przekonałam do tej tezy moje Polki. Choć myślę tak naprawdę, że nie musiałam ich do tego przekonywać. To jest cudowne, magiczne w naszym stowarzyszeniu, że wszystkie mamy podobny system wartości. Myślimy, czujemy podobnie, choć czasem potrzebujemy się spotkać, by to omówić, przegadać, zweryfikować, dopytać, sprawdzić. I to było takie spotkanie – pełne otwartości, szczerości, pytań i odpowiedzi, szacunku i zrozumienia dla siebie, siebie i innych. Choć miałyśmy tylko dwie godziny, to padło podczas tego spotkania wiele myśli, które warto utrwalić.

Oto one …

#1. Definicja asertywność to …

„stanowcze, bezpośrednie i uczciwe wyrażanie własnych uczuć, myśli, opinii, decyzji, postaw, życzeń, w sposób nie naruszający godności drugiej osoby, respektując jej prawo do tego samego.”

Asertywność to postawa. O droga. To misja, której warto być wiernym, choć czasem jest to bardzo trudne. Asertywnym się bywa. Tak samo jak bywa się przyzwoitym i dobrym coachem, czy dobrą mamą J Ale warto tak bywać i już!

#2. Asertywność pojawia się gdzieś obok „uległości” a „agresji” .

„Uległość” to postawa, kiedy rezygnujemy z siebie, to postawa, gdy mówimy innym „tak”, mówiąc sobie „nie”. Uległość to siedzenie cicho w ważnych dla nas sprawach, to zamiatanie swoich potrzeb pod dywan – po to, by inni czuli się dobrze, by innym nie przeszkadzać, by innych nie niepokoić. Często w imię tzw. dobrych relacji….

„Agresja” to natomiast mówienie innym „nie”, po to by powiedzieć sobie „tak”. Ale przede wszystkim mówienie „nie” w taki sposób, że rani się, niszczy się innych. Mówienie krzykiem, mówienie atakujące, głośne, nie znoszące sprzeciwu. Mówienie nie biorące pod uwagę perspektywy i potrzeb drugiej strony.

I często, ech bardzo często jest tak, że osoby uległe albo w pewnym momencie zaczynają być agresywne, bo swoją uległością są zmęczone, bo im się ta uległość już „ulewa”. Często też osoby uległe w jednej relacji, są agresywne w innej. Tak, tak a to też w imię odreagowania swojej uległości i postawienia na swoim … za wszelką cenę.

A świat byłby taki piękny, gdybyśmy byli asertywni ….

#3. Czy się asertywność opłaca?

Tak, asertywność się opłaca. I już trzymajmy się tego! Zarówno pod kątem relacji, emocji, wspominanej kasy i spójności z swoim JA. Zawsze chcąc, czy wahając się, czy zachować się zachować asertywnie warto zrobić sobie analizę tych czterech wariantów …

2

Gdy chcemy być asertywni:

#4. Mówmy konkretnie i na temat.

Mówmy, co chcemy zrobić, co myślimy, czego oczekujemy od innych i od sytuacji. Mówiąc konkretnie nieustająco odpowiadajmy sobie na pytania:

  • Co?
  • Kto?
  • Jak?
  • Dlaczego?
  • Kiedy?

#5. Używajmy komunikatu JA.

Mówmy JA, zamiast stosowania komunikatu TY. Mówmy o sobie i swojej perspektywie. Zamiast ataku na drugą osobę, pretensji, zastrzeżeń. Wyrażajmy swoją opinię, a nie oceniajmy.

Mówmy …

„Chciałabym, żebyś mi pomogła w tej sytuacji …. Zależy mi na tym, byś …. .

Potrzebuję Ciebie … to trudny czas dla mnie.”

zamiast

„Oczekuję …. To jest Twój obowiązek, żeby ….. Myślę, że należy mi się od Ciebie właśnie to ….”

#6. Mówmy o emocjach.

Dzielmy się tym, co czujemy, przeżywamy. Dlaczego to jest dla nas ważne. Ale bez szukania winnych i przerzucania odpowiedzialności. Ujawniajmy siebie, gdy drugiej stronie zależy na nas, na relacji, to to doceni.

#7. Mówmy o intencjach.

O naszych dobrych intencjach, które stoją u podstaw postawy asertywnej. Mówmy więc o tym, że naszą intencją nie jest zranić drugą osobę, sprawić jej przykrość, doprowadzić do łez i tragedii życiowej. Mówmy o tym, że dana sprawa jest dla nas osobiście ważna, kluczowa i nie potrafimy przejść obojętnie obok tak ważnej dla nas potrzeby. Jednocześnie dbajmy o siebie i o drugą stronę.

#8. Bądźmy szczerzy.

Szczerość to podstawa asertywności. W asertywności nie ma miejsca na udawanie dobrych intencji, na udawanie szacunku do innych, na udawanie zainteresowania inną osobą …

#9. Bądźmy przygotowani na „nie”.

Będąc asertywni, miejmy świadomość, że druga osoba może powiedzieć „nie”. Może mieć inne zdanie, może nie zgodzić się na to, o co ją prosimy, może poczuć się urażona, nawet jak nie chcemy jej urazić. Każdy ma prawo do odmowy o TY i ta druga strona.

#10. Bądźmy jak „zdarta płyta”.

Powtarzajmy kilka razy to, o co prosimy, co jest dla nas ważne, jakie jest nasze stanowisko. Nie wycofujmy się po pierwszej próbie asertywnego zachowania. Próbujmy dotrzeć do drugiej osoby. Próbujmy zadbać o to, by być wysłuchanym. Asertywnego zachowania próbować warto przynajmniej kilka razy – 3 – 4 przynajmniej. Ale …

Ale też pamiętajmy!!!

 #11. Podstawą asertywności nie jest naiwność.

Asertywność – to NIE uległość. To nie jest też dawanie „się kopać”, poniżać, poniewierać. Pamiętajmy, podstawą asertywności jest szacunek do samego siebie. Jeżeli druga osoba, na nasze próby asertywnego zachowania, reaguje agresywnie, czy też lekceważąco, bądź drwiąco. Jeżeli czujemy, że nas nie słucha, robi nam na złość, reaguje atakująco, bądź świadomie funduje nam poczucie winy – to czas skończyć z postawą asertywną. Nie chodzi od razu o atak i próbę agresywnego zachowania. Ale może czasem o odpuszczenie, odejście, zostawienie tej relacji na bocznych torach naszego życia … Bo jeżeli ktoś nas tak traktuje, to po co być z tą osobą w relacji ….

#12. Podstawą przyjaźni, czy każdej innej dojrzałej relacji, jest asertywność.

… a podstawą asertywności jest rozmowa. Jeżeli nawet popełnimy błąd – rozmawiajmy. Dajmy sobie przestrzeń do wyjaśnienia, przeproszenia i …. czasem łez. Jesteśmy tylko ludźmi, którzy popełniają błędy i czasem sprawiają sobie przykrość.  Podejmujmy próby wyjaśnienia sobie swoich stanowisk … intencji, czy uczuć. Warto!! I to jest też asertywność 🙂

 #13. Nie jesteś zupą pomidorową!!

No i na koniec to, co napisała, na FB, po śniadaniu jedna z Polek – „nie musisz być jak pomidorowa, nie każdy musi Ciebie lubić”. Jak inni nie chcą Cię polubić, jak nie chcą Cię zrozumieć, jak nie chcą zobaczyć w Tobie przyzwoitości, ani dobrych intencji – to może już,  już nigdy nie zobaczą. Bo nie chcą i już! Wtedy odpuszczaj taką relację, idź dalej, nie forsuj się,  jak mówi się w coachingu „nie forsuj świadomości”, bo szkoda życia … Jeszcze jacyś inni Ciebie polubią!! Na pewno!!!

 

***

Po koniec spotkania, w chwili wzruszenia i uniesienia, co jest typowe dla mojego warsztatu napisałam na flipcharcie hasło, które kiedyś uratowało mi życie. Dlaczego?

Dlaczego to?

5

Jak je rozumiem?

Będzie historia ….

Miałam jakieś 20 – 21 lat. Studiowałam psychologię na UW. Brałam udział w treningu interpersonalnym, który przygotowywał mnie do roli trenera (był to mój pierwszy kurs na drodze do bycia trenerem). Trening interpersonalny to rodzaj bardzo intensywnej pracy rozwojowej, która sięga do przekonań i emocji, które nas ograniczają, blokują. Po to, by przeformułować je na przekonania i emocje, które nas będą rozwijać i wzmacniać. Jest to po to, by dać sobie przestrzeń do pełnego i spokojnego życia, bycia, co w pracy z ludźmi jest bardzo ważne. Ja z tego warsztatu wyszłam właśnie z przekonaniem, że …

Jestem w porządku, nawet jak się innym nie podobam.

I nie chodziło w tym przekonaniu, oto żeby zacząć się innym nie podobać i mieć to w nosie. Nie chodziło o to, by ich olać, zlekceważyć, nie liczyć z ich opinią i czuć się rozgrzeszoną, gdy innych ranię, lekceważę, źle traktuję. Nie i jeszcze raz nie!

Chodziło o to, by NIE CZUC się w porządku TYLKO jeżeli się innym PODOBAM. I chodziło o to, by uwolnić się od poczucia, że muszę, powinnam robić wszystko tak, by innym = wszystkim się podobać.

A ja tak trochę miałam. Byłam kiedyś bardzo uległa i dostosowująca się. Bałam się sprzeciwiać, mówić swoje zdanie, bo bałam się odrzucenia. A ludzie, którzy mnie odrzucali byli specjalistami w manipulowaniu odrzucaniem. Mistrzami mówienia mi „nie”, jak tylko próbowałam mieć swoje zdanie. A nawet, gdy mnie, za moje zdanie, nie odrzucali to …. z czasem wydawało mi się, że po każdej próbie wyrażenia mojego zdania, i tak mnie odrzucą. Wydawało mi się też, że ja nie powinnam ich denerwować i swoim zdaniem niepokoić. Ech, dziwny to był czas …

Dlaczego? Miałam specyficzne (nie powiem, że trudne)dzieciństwo. Autorytarnego ojca, ortopedę, ordynatora. I mamę, też lekarkę, samodzielną i dość asertywną, ale przez całe moje świadome dzieciństwo chorą na raka. Gdy zachorowała miałam 11 lat. To były lata 90te. Wtedy na raka się umierało, a nie chorowało. Więc, gdy usłyszałam, że jedzie na operację, że nie wiadomo, czy przeżyje, a jak przeżyje będzie ciężko. Gdy usłyszałam te hasła chemioterapia, amputacja, to … To ja schowałam swoje JA, swoje potrzeby, swoje marzenia i myśli do kieszonki i stałam się „dzielną lwicą”. Tak „lwicą” taki mam znak zodiaku i tak do mnie mówili w domu. Ale przede wszystkim tą, która zanim coś powie pomyśli o innych, ale rzadko, a może wcale pomyśli o sobie. Tą, która wierzy, że jest w porządku TYLKO jak podoba się innym. A podoba się innym, gdy ich nie denerwuje, nie martwi, nie niepokoi…

A ja miałam prawo mieć swoje zdanie. Miałam prawo myśleć o innych, ale też o sobie. A nie tyko o innych. Kurczę, wtedy byłam dzieckiem … Miałam prawo rozmawiać o swoich potrzebach, a nie chować je do kieszeni, by tylko myśleć o innych. Miałam prawdo i nadal mam. Dopóki, dopóty nie ranię tym innych – mam prawo. Mam prawdo, do cholery (!!!), mieć swoje zdanie, emocje, myśli i potrzeby. Nawet, gdy wyrażając je przestanę się innym podobać.

I trafiłam na ten warsztat.

I zaczęłam mieć swoje zdanie.

Zaczęłam radzić sobie z sprzeciwem innych. Zaczęłam mówić swoim głosem, nawet jak innym się to nie podobało. Jednocześnie robiąc to z dobrą intencją i z szacunkiem dla innych. Bo zaczęłam mieć szacunek dla samej siebie …

Pamiętam, jak z tego warsztatu wróciłam do domu. Całe mieszkanie, w którym mieszkałam z moim chłopakiem (dziś mężem) wytapetowałam tym zdaniem, by o nim nie zapominać. Pamiętać zawsze. Analizować i powtarzać w głowie. Nieustająco. Od tamtego czasu zawsze polecam tą technikę moim Klientom i Uczestnikom warsztatów.

Dlaczego to nowe, przedefiniowane, konstruktywne przekonanie uratowało mi życie?

Bo otworzyło mnie na rozmowy z moimi Rodzicami. Na szczerość, na prawdę, na mierzenie się z ich opiniami. Może z Ojcem nie poszło tak dobrze, jak bym chciała. Ale w relacji z Mamą, było uwalniające. To było ostatnie półtora roku Jej życia i to był wspaniały czas. Choć był to czas przepełniony opieką nad nią, szpitalem, odchodzeniem. Może dlatego miałam siłę na tą Jej ostatnią walkę? Może … może czerpałam ją z tego, że rozmawiałyśmy. Słuchałyśmy się. Wyzbyłyśmy się oczekiwań i dawałyśmy sobie przestrzeń. A moja Mama zaczęła mnie traktować jak dorosłego, który ma swoje zdanie. Zdanie, które może innym się nie podobać, ale nie koniecznie jest wypowiadane z potrzeby egoizmu, czy chęci zranienia innych, Jej, Najbliższych …

I to chyba jest najważniejsze w asertywności. Wyrażać siebie, mówić o tym, co dla nas ważne. Najważniejsze i potrzebne. Robić to z szacunkiem dla innych, ale licząc się z tym, że inni będą mieć inne zdanie. Nie mniej jednak mówić o sobie, swoim JA … i być w porządku, nawet jak się nie będziemy innym podobać.

Mogę śmiało powiedzieć, że wtedy z tym nowym, moim, uwalniającym przekonaniem rozpoczęłam „moją drogę” ku asertywności … 

 

***

Dlatego pamiętając o asertywności, pamiętajmy też o prawach…

Dajmy sobie i innym te prawa!!!

Asert

***

A i jeszcze jedno 🙂

Moje Drogie Polki, które byłyście na śniadaniu. Każda Droga Polko, która czyta ten post >> napisz co Ty zapamiętałaś z śniadania,

napisz jak Ty rozumiesz być asertywną postawę,

czy dla Ciebie asertywność się opłaca….

Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania!

Easysoftonic