Jesteś odważną Towarzyszką!

Jesteś odważną Towarzyszką!


Jak wiecie lubię mówić o sobie, że jestem towarzyszką. Dlaczego? Bo towarzyszę innym w odważnym urzeczywistnianiu swojego JA. Towarzyszę kobietom, gdy zaczynają śmielej realizować swoje powołania. Towarzyszę liderom, w budowaniu przywództwa opartego na wartościach i autentycznym pokazywaniu siebie. Towarzyszę moim Klientkom i Klientom w refleksji nad sobą, w definiowaniu siebie, w przechodzeniu procesów transformacji. Ale te wszystkie towarzyszenia choć są moją pasją, pracą, przyjemnością i powodem do spełnienia. Te wszystkie urzeczywistnienia swojego JA moich Klientek i moich Klientów. To wszystko, co robię z Wami, albo raczej Wy robicie przy moim wsparciu to wszystko jest piękne, wyjątkowe i niezwykle mnie rozwijające, ale to tylko małe przygody, przy podróży jaką jest macierzyństwo. I nie chcę byście zrozumieli mnie źle. Nie deprecjonuję swojej pracy. Wręcz przeciwnie traktuję ją cholernie poważnie. Szkolę się, superwizuję, zdaję różne egzaminy. To wszystko jest ważne i poważne.


Ale podczas, gdy warsztaty trwają kilka godzin, albo dwa dni. Podczas, gdy procesy coachingowe trwają kilka albo kilkanaście sesji. To macierzyństwo, to przygoda na całe życie.


I tak sobie myślę, że może czas zauważyć, że aktem wielkiej odwagi, aktem wielkiej wrażliwości jest towarzyszyć moim Synom …

• Gdy zalewa ich złość …

• Gdy mierzą się z smutkiem …

• Gdy doświadczają odrzucenia …

• Gdy boją się strasznie …

• Gdy płaczą …

• Gdy łamią przyjęte zasady i chcą o tym pogadać .. Albo nie.

• Gdy doświadczają zawodu, także tego miłosnego …

• Gdy nie wiedzą jak się zachować …

• Gdy rozbijają kolano …

• Albo, gdy rozbijają komuś nos …

• Gdy mówią, że mnie “nie znoszą” …

• Gdy krzyczą, że “mają najgorszego Tatę na świecie!”

• Albo gdy mówią, że jestem istotą pomniejszą. Skąd znają takie słowa?

• Gdy kłamią …

• Gdy kombinują …

• Gdy utykają w swoich problemach …

• Gdy doświadczają przemocy …

• Gdy dostają uwagi …

• Gdy zapominają …

• Albo gdy nie chcą pamiętać …• Gdy niszczą nowe buty …• Albo łamią drogie okulary … • Gdy proszę o pomoc …• Albo ją odrzucają …

• Gdy nie wiedzą …

• Albo wiedzą lepiej …

Aktem odwagi, wrażliwości i empatii jest wytrwać te wszystkie chwile, kiedy masz wrażenie, że każda taka chwila trwa o 497929802 chwil za długo i najfajniej by było uciec. Założyć ładne ubrania, spakować walizkę i wyjechać do pięknej sali szkoleniowej, w której miła Pani podaje ciepłą kawę, którą możesz wypić jeszcze ciepłą.
Ale nie uciekasz, bo jesteś Mamą.
A nawet jak uciekasz, to wracasz, przytulasz i koisz. I rozmawiasz. Rozmawiasz, tłumaczysz bo głęboko wierzysz, że te wszystkie słowa które wypowiadasz dziś, kiedyś zostaną usłyszane i zapamiętane. Kiedyś na pewno.
Ale nie uciekasz, bo obok tych wszystkich aktów towarzyszenia im, chcesz a może raczej uczysz się towarzyszyć sobie – zauważać siebie, swoje potrzeby, swoje emocje, swoje upadki i swoje wzloty.
Bo towarzyszyć dłużej niż trwa proces coachingowy, oto jest wyzwanie. Bo towarzyszyć sobie, oto jest wyzwanie.

Nie byłabym Towarzyszką Manufakturową, gdybym nie była Towarzyszką Tymoteusza i Rocha.
Albo raczej, nie byłabym „taką” (jakkolwiek to brzmi) towarzyszką Manufakturową, gdybym w porę nie nauczyła się towarzyszyć moim Synom i Sobie. I Sobie też, bo bez tego te pierwsze się nie uda.


Wierzę, że moi Synowie kiedyś urzeczywistnią swoje JA.Odważnie. Śmiało. Po swojemu. A ja będę siedzieć na widowni „po stronie empatii i wsparcia” (jak naucza Brene Brown), a nie po stronie krytyki (oby! Ale to oni ocenią ….) i będę bić brawa z łzami w oczach, a o to u mnie nie trudno… .

Kochane Mamy, wspaniałe Mamy !Pamiętajmy, jesteśmy wspaniałymi towarzyszkami!
Tak długo, jak towarzyszymy, jak pozostajemy obok naszych dzieci. Tak długo jak jesteśmy na arenie macierzyństwa, jesteśmy wielkie! Wielkie serduchem i wielkie odwagą. Jesteśmy odważne. Ważne! I zawsze jesteśmy piękne!


I parafrazując słowa Roosvelta

“Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się silni albo co inni mogliby zrobić lepiej. Chwała należy się Mamie na arenie, której twarz jest umazana błotem, potem i krwią, która dzielnie walczy. Która wie, co to jest wielki entuzjazm, wielkie poświęcenie, która ściera się w słusznych sprawach, która w swych najlepszych chwilach poznała triumf wielkiego wyczynu, a w najgorszych, gdy przegrywała, to przynajmniej przegrywała z odwagą, nie chcąc, aby Jej miejsce było wśród chłodnych i nieśmiałych dusz, które nigdy nie poznały ani smaku zwycięstwa, ani smaku porażki”.

Pamiętajmy o tym i pamiętajmy, by być dla siebie na tej arenie wyrozumiałe. Dla siebie wyrozumiałe!

Źródłem naszych cierpień jest…

Źródłem naszych cierpień jest…

Czy się boję?
Tak boję się.
Jestem człowiekiem i odczuwam emocje związane z zmianami, które czekają nas przez kolejne dni, tygodnie, czy miesiące. Odczuwam emocje związane z zagrożeniem, które jest realne. Jestem mamą, więc mam się o kogo bać.
Mam rodzinę, mam o kim myśleć.

Boję się też gospodarczych konsekwencji związanych z zahamowaniem … wszystkiego. Przecież jestem przedsiębiorcą, gdy nie pracuję nie zarabiam, a też mam zobowiązania, rodzinę i inwestycje w toku. A jest ich kilka. Moje usługi – są ważne, są potrzebne, ale dla firm nie najważniejsze. Choć nota bene zajmuję się ostatnio najczęściej tematami zmiany, emocji, odporności psychicznej i empatii w sytuacjach zagrożenia. Ha! Chichot losu?

Jest we mnie strach.
Jest we mnie trochę złości, ale tylko trochę.
Jest we mnie smutek.
Czuję niepokój.
Czuję, pozwalam sobie na te emocje. Czucie w ciele, w sercu – na myśli wokół nich.

Ale czuję też spokój. Są takie momenty. I to mnie miło zaskakuje, pokazuje zmiany w mojej osobistej odporności psychicznej. I bardzo się z tego cieszę, a raczej doceniam siebie za to.

Bo nie chcę się bać.
Cholernie nie chcę się bać!
Nie chcę by strach, strach zamieniający się w lęk wypełnił moją głowę, moje serce i czas, który przyjdzie mi spędzić w odosobnieniu z dwójką chłopców pozbawionych szkoły, kolegów, ruchu i zajęć pozalekcyjnych, które uwielbiają. Taka mieszanka może być dla nas wszystkich niebezpieczna.
A nie chcę tego!

Co więc robię, co postanawiam robić przez ten czas?

PRACA:
• Pracuję, kontynuuję “co się da”. Nie chcę stracić rytmu, który sobie wyznaczyłam, a praca dodatkowo daje mi poczucie bezpieczeństwa. Choć z dziećmi w domu i tak będę pracować mniej, to jednak pracuję.
• Doceniam, że na najbliższe dwa tygodnie i tak miałam zaplanowane tylko sesje coachingowe. Wszystkie mogę zrealizować zdalnie. I to się liczy! Klienci są bardzo otwarci na takie rozwiązanie.
• Planuję. Nie odpuszczam planów. Mam plany na wiosnę, mam plany na jesień. W październiku obiecałam warsztaty Warsztat Playing BIG – o odważnym podejmowaniu wyzwań i wierzę, że się odbędą. Ciągle nad nimi pracuję i tego się trzymam! To mi daje nadzieję.
• Płacę wszystkim podwykonawcom, którzy wykonali dla mnie pracę. Tak, boję się utraty płynności finansowej, ale oni też. Liczę, że moi Klienci mi zapłacą, dlatego sama chcę być dobrym Klientem. Zawsze grałam fair play i tak będzie tym razem. Mam nadzieję, że wydane pieniądze do mnie kiedyś wrócą, bo to że dobro wraca, to już wiem 
To jest mój, może naiwny, sposób na to by utrzymać gospodarkę w ruchu. Spróbuję!

RELACJE:
• Dużo rozmawiamy z dziećmi – nie boję się ich trudnych pytań. Widzę, że wszyscy tego potrzebujemy.
• Jestem w kontakcie z najbliższymi – dzwonimy do siebie, dużo rozmawiamy na Messengerze. Czuję się połączona z światem, choć zamknięta w czterech ścianach. Wiecie, że do regulowania emocji potrzebujemy innych osób? Tak! Potrzebujemy szczerych, prawdziwych, mądrych rozmów. Moi kochani dzwońmy do siebie – śmiało. Nawet na 10 – 15 minut. Do mnie też możecie zadzwonić 
• Okazuję życzliwość. Czuję, że szczególnie w relacji z Klientami okazujemy sobie dużo wsparcia i zrozumienia – nawet, gdy chodzi o odwołanie warsztatów. A to się zadziało … Przecież to nie jest niczyja wina, przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. W trakcie takich krótkich rozmów okazuje się, że jesteśmy dla siebie tak podobni, tak bliscy. Dziś bardzo potrzebujemy poczucia wspólnoty.

ZDROWIE:
• Jem zdrowo. Tak zrobiłam zakupy, ale głównie skupiając się na warzywach i owocach. Tego nie może nam zabraknąć. A mój Mąż ma zamiar wykorzystać ten czas na naukę gotowania i bardzo mi się ten pomysł podoba 
• Pozwalam sobie na ciszę. Z dwójką chłopaków to ważne. 5 minut z muzyką Ludovico Einaudi jest bezcenna.
• Biegam. No dobra, dziś przez pogodę nie biegałam. Ale jutro nadrobię. Wiem, że ruch będzie nam wszystkim bardzo potrzebny.
• Mam nadzieję, że starczy mi wytrwałości na jogę. Nidrę praktykuję bez przerwy.
• Sen. Na pewno wstając po siódmej, a nie po szóstej będę lepiej funkcjonować. To plus zamkniętych szkół. Szukam plusów. Bardzo szukam plusów – jak prawdziwa detektywka. Ha! Jest takie słowo?

DUCHOWOŚĆ:
• Praktykuję wdzięczność. Nieustająco! Rzucam światło uwagi na te potrzeby, które są zaspokojone.
Za co jestem wdzięczna?
– za to że jesteśmy zdrowi i nikt z moich bliskich nie choruje,
– za pełną lodówkę, zapasy i papier toaletowy. Bez jaj, widziałam co się działo w środę w sklepach,
– za sms’y z bratem i Jego żoną,
– za lekarzy, którzy bohatersko pracują w sytuacji zagrożenia – pomyślmy o nich!
– za internet, prąd, wodę w kranach,
– możliwość pracy zdalnej. Mam zamiar z niej skorzystać! Wiem, że nie wszyscy mogą.
– za rozmowę o warsztatach, które planowane są na późną wiosnę. Oby się odbyły 🙏
– za ogarnięte dzieci, które rozumieją, że ja nie mam wolnego,
– za fajnych, życzliwych ludzi z którymi współpracuję, bo dobrze się z Wami gada! Dziękuję Wam za dzisiejsze rozmowy!
– za głowę pełną pomysłów, może dzięki temu nie wypadnę z rynku?

• Pamiętam o słowach Kristin Neff, że „Źródłem największego cierpienia jest pragnienie, aby rzeczywistość wyglądała inaczej niż tu i teraz” … i powtarzam sobie, że nie mam wpływu na rzeczywistość, ale mam wpływ na moją relację z rzeczywistością. Chcę ją zaakceptować, jak najszybciej i nie czarno-widzieć. Chcę skupiać się na tym, na co mam wpływ. A odpuszczać to, na co nie mam.

• Zastanawiam się czego może nauczyć mnie ten czas? No właśnie czego?
Myślę o tym. Napiszę o tym za kilka dni.

• Szukam w swoim życiu, w swojej historii takich momentów, kiedy było “gorzej” – a sobie poradziłam.
To dziś dla mnie najważniejsza praktyka.
Najważniejsza.
16 lat temu, dwunastego marca zmarła moja Mama. Ja miałam dwadzieścia kilka lat, kończyłam studia, pracowałam, ale za grosze, byłam pięć miesięcy przed ślubem, Brat zdawał maturę, a Ojciec był na skraju wyczerpania po 12 latach walki z chorobą i o żonę.
Wtedy (dosłownie) byłam w czarnej d%^$ie …
Wtedy załamał mi się świat.
Wtedy w moim życiu było jeszcze więcej „nie wiem”.
Wtedy to byłam przerażona.
Przeżyłam marzec szesnaście lat temu, przeżyję i teraz.
Wtedy się wszystko poukładało, poukłada się i teraz.
Wtedy znalazłam światło w mroku, znajdę i teraz.
Wtedy uratowała mnie miłość i akceptacja.
Uratowało mnie trzymanie się swoich zasad i wartości.
Uratowało wsparcie innych.
Uratuje mnie teraz.
Ufam temu.
Zaufajmy wszyscy.

Bądźmy dla siebie dobrzy.
Dla siebie i siebie nawzajem.
I zostańmy w domu!
Proszę! Jeżeli zamknięcie szkół ma mieć sens niech ma taki, że zostaniemy z dziećmi w domu.
Niech do pracy chodzą Ci, co na prawdę muszą.
Proszę!
A może szybciej będzie, tak jak było, a może lepiej?

Lis i krytyk

Lis i krytyk

To jest lis.
Lisa namalował Roch.
Roch ma 9 lat i ma wrażliwe serce.
I mój Ci On!
#kochamgojakniewiemco 💛
I mówię Wam pozwalajcie dzieciom malować, mieć kontakt z sztuką, wyrażać siebie po swojemu. W malowaniu nie zawsze chodzi o piękno.
A czym ono jest?
Kto to ocenia?
Kto definiuje?
Nie każdy obraz, który wychodzi spod pędzla moich Synów (obaj malują) jest idealny. Idealny według wyobrażeń jakie mamy, wyśrubowanych standardów. Kurka, strasznie wyśrubowanych.
Ale w malowaniu chodzi o wyrażenie siebie, o kontakt z sobą, pokazanie swojej interpretacji świata, o wyrażenie emocji … i wyciszenie krytyka.
Tak!
Moje dzieci mają już swoich krytyków wewnętrznych, już go sobie wyhodowały… Pewnie i ja miałam w tym udział, choć chciałam inaczej…
Ale jak malują to krytyk wewnętrzny trochę cichnie, odzywa się, ale z nieśmiałością. I choć ma do czego się przyczepić. On zawsze ma! To gdy ufamy sobie, gdy posłuchamy siebie i jeszcze mamy wokół ludzi, którzy wspierają (chłopcy mają studio malarskie Studio Artystyczne WERNIKS) to krytyk traci moc.
Traci.
Tylko trzeba spróbować!

A jeszcze po wczorajszych warsztatach Nie krytyk się liczy, tylko JA – warsztat rozwojowy mam jedną myśl. Krytyk wybiera obszary naszego życia i pracy, do których przyczepia się “bardziej”. U jednych to pieczenie tortów, u innych jazda samochodem (ja!), u innych prowadzenie prezentacji, u innych kontakt z klientem. Krytyk się uczy i jest wysoko wyspecjalizowany, by dotykać tego co dla nas w danym momencie ważne. Ale na pewno mamy też takie obszary życia wobec, których krytyk wewnętrzny jest bezradny. Wobec których nie ma nic do powiedzenia, albo wycisza się szybko.
Trenujmy te obszary! Pozwalajmy sobie doświadczać tego w naszym w życiu, w czym krytyk nie zatruje nam przyjemności swoim jadem. Jednym słowem róbmy sobie dobrze, sprawiamy przyjemność ćwiczeniem tego w naszym życiu, co jest wolne od krytyka. To daje moc! Serio i ładuje energią, energią potrzebną do tego by w innych obszarach życia wchodzi w dyskusje z krytykiem!
Taką moc ma malowanie dla moich chłopców. Dla mnie też!
Taką moc może mieć taniec. Znam pewną Sylwię, która w tańcu się ładuje, tylko czasem o tańcu zapomina…
Taką moc może mieć joga. Znam pewną Dorotę, która na macie nie słyszy krytyka, choć oczywiście w innych chwilach często …
Taką moc może mieć gotowanie.
Szycie.
Fotografia.
Jazda samochodem.
Poszukasz swojego obszaru życia wolnego od krytyka wewnętrznego?

PS. Mi rodzice nie pozwolili rozwijać się malarsko, teraz nadrabiam zaległości. Patrząc na moich chłopców widzę ile lekcji z radzenia sobie z krytykiem i porównywaniem straciłam.
Marta Iwanowska-Polkowska

#lis #fox #jestemmamą #mama #mamacoach #macierzyństwo #kochamich #kochamgo #mójroch #bądźjakroch #mójroch #mamachłopców #mamasynów #mama2chłopców #mama2synów #krytykwewnętrzny #niekrytykrytyksięliczy #krytykzewnętrzny #porównywanie #porównywaniesię #nieporównujsię

Nudna odwaga

Nudna odwaga

“Odwaga to zachowanie spokoju, kiedy jestem uzależniona od pędu, wybaczanie sobie kiedy pranę znajomego dreszczyku wstydu, którego zwykłam używać w roli motywatora.
To słuchanie zamiast mówienia.
Werbalizowanie własnych uczuć, szczególnie gdy jesteśmy smutni, pełni niepokoju i czujemy się bezbronni, a nie śmiali, szczęśliwi i beztroscy.
Czasem odwaga to milczenie.
Odstawienie narkotyku efektywności.
Dla mnie odwaga oznacz ufność, że to co prosi mnie mój Bóg, o co proszą mnie moja rodzina i moja społeczność, jest czymś zupełnie innym niż to, co powinnam według naszej kultury robić.
Czasem odwaga wygląda nudno, ale to całkowicie, absolutnie w porządku.”

Shauna Niequist “Piękne życie”.

Jestem dziś z tą myślą…
Z tym cytatem, do którego wróciłam po pięknej, głębokiej sesji z Klientką…
Jestem dziś z tą myślą, bo sama bardzo potrzebuję nudnej odwagi. Spokoju. Milczenia. Bycia.

Jestem dziś z tą myślą, bo czuję że wielkiej odwagi wymaga ode mnie nie bycie coach’ycą czy trenerką, a bycie żoną czy mamą.

Shauna pisze i nazywa w samo sedno, że tak łatwo jest błyszczeć na salonach, dać wykłady w świetle reflektorów, a tak trudno wytrwać w roli wspierającej żony, czy mamy która nie ogarnia emocji swojego dziecka…

Tak, efektywność i spektakularne sukcesy to narkotyk dzisiejszych czasów.
Tak, wielką odwagą jest żyć i być dla bliskich.
Dla siebie. Być, a nie tylko działać.
I wytrwać, choć to tak cholernie trudne …

Tak, na zdjęciu szukam swojej odwagi.
#osobiście #zauważto #zatrzymajsię #nażyć #tocoważne #życie
Zdjęcie Natalia Czempik 

Rodzicu … Co chcesz w sobie zmienić

Rodzicu … Co chcesz w sobie zmienić

Rodzicu! Co chcesz w sobie zmienić?

By stać się szczęśliwy, spokojnym i spełnionym rodzicem … Rodzicem AS’a?

Jedna z moich Klientek podsumowując sesję coachingową, dla niej (i dla mnie) jedną z najtrudniejszych i pewnie  jedną z najważniejszych, wypowiedziała mniej więcej takie słowa …

Już nigdy więcej nie będę wchodzić w zmianę, w „nowe” z starymi przyzwyczajaniami, nawykami, myślami, przekonaniami … chcę wziąć z tej trudnej dla mnie historii jedną bardzo ważną lekcję. Chcę dać sobie prawo do zatrzymania się, przygotowania się, przewartościowania siebie ilekroć pojawi się przede mną nowe wyzwanie –  los postawi przede mną zmianę, bądź ja na zmianę się zdecyduję. Kurna! Nie da się wejść „w nowe” po staremu. To wymaga transformacji. Zawsze! To wymaga przyzwolenia na transformację. Inaczej czekają mnie kolejne kryzysy, jak ten, po którym teraz próbuję zabliźnić krwawiące od lat rany … Nie chcę tak już! Zmiany w moim życiu, wymają zmian we mnie, „po mojemu” … a to wymaga przygotowania się i zatrzymania … Bez tego kryzysy gwarantowane …

I choć Klienta, która jest autorką tych słów nie jest Mamą AS’a czyli dziecka z Zespołem Aspergera, to te słowa magicznie można podłączyć do wielu rodzicielsko – AS’owych historii. Do mojej historii. Do wielu historii, które znam, których byłam cichą towarzyszką …

Dla mnie bowiem bycie Mamą AS’a to stałe odkładanie na bok, stałe zakopywanie „starych” założeń, przekonań i nawyków. To stałe zatrzymywanie się i przygotowywanie do nowych wyzwań … najpierw związanych z trudnościami rozwojowymi mojego Syna, z jego relacją z nami – ze światem – z bratem, potem z diagnozą, w między czasie w relacjach z bliskimi, potem w zderzeniu z kolejnymi terapiami, teraz z szkołą i dorastaniem. Bycie Mamą AS’a to zgoda na stałe „nie wiem” w moje życiu, które wymaga zatrzymania się, przyjrzenia się swoim emocjom, przyjrzenia się swoim potrzebom, zasobom, by mieć siłę do walki z codziennością, a co więcej mieć siłę do bycia w tej walce szczęśliwą i spełnioną. Czasem spokojną.

Uczepiłam się tego słowa „nie wiem” – bo to słowo, którego dziś w XXI wieku bardzo nie lubimy wypowiadać w stosunku do siebie. Bo? Bo chcemy wiedzieć. Chcemy być pewni. Chcemy kontrolować sytuację. Chcemy znać rozwiązania, recepty i czuć ich sprawczość…. I jak to wszystko teraz piszę to aż mam ciarki, bo wiem, że bycie pewnym i kontrolującym w byciu rodzicem AS’a się nie sprawdza, nie jest możliwe. A im bardziej tego chcemy, tym bardziej nam ta pewność i kontrola nie wychodzi … Wpadamy w tarapaty swojej obsesji bycia sprawczym. Wpadamy w tarapaty swojej chęci kontroli sytuacji. Wpadamy po uszy. Zderzamy się z ścianą, skałą … Ranimy siebie. Ranimy innych. Ranimy AS’a. Ranimy naszych partnerów.

A ja nie chcę ranić. Nie chcę być poraniona.

Chcę żyć. Oddychać. Cieszyć się. Czasem czuć spokój. Czuć spełnienie… a nie ciągle lizać rany.

A te  „wiem” „mam pewność”, to jedno z tych starych przyzwyczajeń, którego ciężar może nam bardzo ciążyć w zderzeniu z „nowym”, ze zmianą jaką niesie diagnoza dziecka, a potem wspieranie jego wyjątkowego rozwoju.

Tych starych przyzwyczajeń wyniesionych z domu, z kultury, z wyobrażeń o byciu mamą, rodzicem ja sama musiałam w sobie zmienić sporo.  Serio! Mój mąż świadkiem, jak ciężko bywało. Mąż świadkiem ileż to razy padałam, płakałam, by powstać. A On razem ze mną.

O to niektóre z nich. Niektóre, podkreślam!!, bo to bardzo krótka lista:

  • wspomniane „chcę wiedzieć, chcę kontrolować, chcę być pewna jako mama” >> zamieniłam na >> „od dziś „nie wiem” to moje królestwo – a dając sobie zgodę na „nie wiem”, mogę znaleźć odpowiedzi inne niż do tej pory, różne od tych oczywistych, czy doradzonych przez innych” …
  • „moje dziecko powinno się grzecznie zachowywać, bo mu o tym mówię, stale przypominam” >> zamieniłam na >> „moje dziecko zachowuje się najlepiej jak potrafi, biorąc pod uwagę bodźce jakie go aktualnie otaczają i rozpraszają. A moim zadaniem jest zmniejszać ilość bodźców, które mu nie służą. Uczyć go, by on zaczął z czasem eliminować te bodźce, unikać ich, ale też radzić sobie z nimi” …
  • „moje dziecko robi mi na złość, bo łamie przyjęte w naszym domu zasady” >> zamieniłam na >> „moje dziecko zachowuje się najlepiej jak potrafi – chce dobrze, ale czasem jest to dla niego bardzo, bardzo trudne … Ufam mu!” ..
  • „jestem dobrą mamą, bo moje dzieci się mnie słuchają” >> zamieniłam na >> „jestem dobrą mamą, bo słucham moich dzieci” …
  • „jestem empatyczna, bo skończyłam psychologię i jestem mamą” >> zamieniłam na >> „uczę się empatii, uczę się słuchać potrzeb mojego dziecka, uczę się nie oceniać i szanować jego odmienne i zaskakujące dla mnie potrzeby, uczę się je zaspokajać bez lęku o to, co pomyślą o mnie inni, którzy oczekują ode mnie jako matki innych zachowań” …

Czy było mi łatwo zmienić te przekonania? NIE 

Czy wiedziałam, jak je zmienić? NIE

Czy ktoś mi podpowiedział, jak je zmienić? NIE 

A jak to było możliwe?

Po pierwsze > uznałam, że to JA muszę i chcę się zmienić, a nie moje dziecko. Moje dziecko „ma papiery” na to, że zmiana przychodzi mu z trudnością. To ja jako mama muszę na tym etapie naszego życia zmienić swoje podejście do niego, do nas … A to może nauczy go kiedyś otwartości na nowe i zmianę …

Po drugie > dałam sobie prawo do „nie wiem”, a to jak wspomniałam, otworzyło mnie na szukanie rozwiązań… ale też na zmianę perspektywy. Na wyjście poza utarte schematy i wzorce, w których wzrastałam, których ode mnie oczekiwano.

Po trzecie > Zatrzymałam się. I to zatrzymywałam się wielokrotnie. Odkładałam na bok obowiązki i pracę, by skupić się na sobie. Na tym co czuję i przeżywam.

Po czwarte > zaczęłam robić porządki z swoimi emocjami, potrzebami. Ze sobą. To ja stałam się największym obiektem transformacji, a nie moje dziecko. Choć wielu rodziców AS’ów może uznać to za szaleństwo, to jednak był w naszym życiu taki rok kiedy nasz Syn chodził tylko na hipoterapię, a swoim rozwojem zajęłam się ja jako Mama, my jako Rodzice.

Po piąte > zadałam sobie bardzo ważne pytanie „Co JA? Co JA, Marta chcę w sobie zmienić? Co JA, Marta powinnam w sobie zmienić, by poradzić sobie z wyzwaniami, które stoją przede mną jaką Mamą AS’a?  … by być szczęśliwą, spokojną, spełnioną? Byśmy wszyscy byli szczęśliwi, spokojni i spełnieni….

Po szóste > dałam sobie prawdo do „halsowania” . Czym jest dla mnie halsowanie? To stałe bycie w zmianie. To płynięcie do celu, jakim jest moja wizja macierzyństwa i rodziny. To pokora w tym rejsie. To pokora wynikająca z świadomości tego, że bywają lepsze i gorsze wiatry, pogoda jest zmienna. To zgoda na to, że po drodze mogę spotykać  mnie przeszkody, mielizny, tabuny podstępnych piratów, którzy będą chcieli utrudnić mi moje i tak wielkie zmagania. Halsowanie to także akceptacja tego, że nie zawsze, nie codziennie uda mi się dotrzeć do celu. Będą dni (jak dziś) kiedy moja natura zwycięż i wydrę się na dzieci, zamiast z nimi rozmawiać …  Ale płynę. Nie poddaję się. A moje wartości, „nowe przekonania,” moje potrzeby są światłem, które oświetlają mi drogę …

Dziś jestem w takim momencie, że dalej, nieustająco halsuję. Dalej nie zawsze dopływam do portu jakim jest moja wizja macierzyństwa. Ale płynę … Jestem w ruchu. W świadomym ruchu.

Ale dziś wiem, że mój AS zmienia się dzięki temu (mojemu) halsowaniu niesamowicie. Rozkwita. Rozkwita on, rozkwita nasza rodzina. Jest nam coraz lepiej w naszym Aspergerowym świecie. A młodszy Brat, który czyta teraz Baśnie Andersena powiedział ostatnio, „Wiesz Brat, jesteś coraz bardziej jak łabędź, a nie brzydkie kaczątko, jak kiedyś … Kiedyś mnie ciągle dziobałeś, jak wściekła kaczka, a teraz jest nam fajnie. Fajnie nam jest …” Bo jeżeli nie wiesz, to baśń „Brzydkie kaczątko” uznawana jest jako baśń o inności, odmienności dzieci z zespołem Aspergera, bo podoba Hans Christian Asperger był AS’em.

Dziś jestem też takim w momencie, że umiem i chcę podawać dalej to, co sama w sobie zmieniłam, to co zaczęło zmieniać się u mnie i u mnie działać. Dzięki temu, że …

  • że jestem psychologiem, coachem, doświadczonym trenerem.
  • dzięki temu, że stale sama się uczę i rozwijam i doskonalę swój warsztat.
  • ale przede wszystkim dzięki temu, że jestem nieustająco mamą AS’a stworzyłam warsztat, który zatrzymuje i daje inspirację i narzędzia do tego, by się zmieniać.

Nie zmieniać dziecko, wkurzającą szkołę, niewspierających dziadków – tylko, by się samemu zmieniać i rosnąć w siłę. Dla siebie. dla Asa’a. Dla rodzeństwa. Dla rodziny. Ale dla S I E B I E w pierwszej kolejności i na pierwszym miejscu. Bo rozwój naszych AS’ów zaczyna się w nas samych.

Warsztaty „Ja Rodzic AS’a?” łączą w sobie wszystko co dla mnie ważne – pauzę, uważność dla siebie, pracę z emocjami, akceptację, empatię, odwagę i wyrozumiałość. Oswajanie siebie i AS’a. Trening zaufania do siebie i innych.


Na ostatnich warsztatach z Rodzicami AS’ów padły takie wnioski, odkrycia, myśli, refleksje dotyczące tego, czego Ci Uczestnicy potrzebują, nad czym chcą dalej pracować, co chcą w sobie zmienić, by stać się takim Rodzicem AS’a jakim chcą być … 

Podzielę się nimi w najbardziej poufny, intymny sposób:

#ZAUFANIE

Chcę ufać sobie jako Mama.

Chcę zacząć ufać nam, nam jako rodzicom, naszej intuicji …

Chcę się uczyć zaufania do mojego AS’a.

Chcę zaufać naszemu otoczeniu na nowo.

                 

#RADOŚĆ

Potrzebuję radości, by żyć …

Chcę mieć więcej radości w swoim życiu, dać sobie na nią przestrzeń i zgodę …

Tak, zgodę na radość.

#UTKNIĘCIE

Czas się przyznać przed sobą, że utknęłam.

Ugrzęzłam w frustracji, zmęczeniu.

Byciu tu, w tym miejscu nic nie pomaga, nie służy. Ani mi. Ani naszej rodzinie.

Czas ruszyć z miejsca i zmieniać to co jest zmienialne – czyli siebie.

#ŁADUNEK

Niosę bardzo ciężki ładunek.

Nie jestem w stanie nieść go dalej sama.

Muszę, chcę pomocy.

Chcę byśmy ten ładunek nieśli razem z mężem.

#TRUDNOŚCI

Czas się przyznać do tego, że trudności z którymi się mierzymy wymagają wsparcia, pomocy innych. Nie chcę się mazać błotem sama.

Chcę się mazać z mężem. Nie chcę być w tym sama …

#EGO

Zachowanie mojego dziecka rani moje EGO. A ja robię wszystko, by się przed tym zranieniem obronić.

Jestem wtedy okropny …

Czas odłożyć moje EGO na bok. Być dla dziecka. Być z nim. Bo nie o EGO tu chodzi, a o miłość …

 

Chciałabym Ciebie, Droga Czytelniczko, Droga Czytelniczko prosić o empatię, brak oceny, szacunek do tych odkryć i wniosków. Za nimi, za tymi zdjęciami, za tymi kilkoma słowami kryją się prawdziwe, żywe historie. Historie pełne łez, pełne cierpienia i upadków, pełne często potu i krwi. Dla wszystkich tych osób, które miały odwagę przyjść na warsztat, na nim pracować – a były to Mamy i byli to Tatowie – te słowa, wypowiedzenie ich publicznie było wyrazem odwagi, wrażliwości i wielkiej szczerości wobec siebie. Podejdź proszę do nich z pokorą i szacunkiem. Bo wiem, że każdy na to zasługuje i tego potrzebuje … Ty też <3

.

.

.

I jeszcze jedno …

W 2018 roku minie 15 lat jak pracuję jako trener. Pracowałam z różnymi grupami. Z studentami i z pracownikami. W biznesie spotykałam specjalistów, liderów, dyrektorów i czasem prezesów. Od ponad roku spotykam, pracuję dużo z rodzicami. Dziś wiem, że jest to dla mnie najbardziej wyjątkowa grupa Uczestników, Klientów coachingowych. Bycie RODZICEM to najtrudniejsza rola przed jaką stajemy – nie ma w niej taryfy ulgowej, nie ma opcji urlopu i przerwy. Nikt nas nie zmieni. Nikt nas nie zastąpi. Będziemy w tej roli zawsze – tak długo jak my żyjemy, jak żyją nasze dzieci …Nie ma bardziej wrażliwej roli niż ta. Nie ma innej roli, która obok rozumu wymaga serca tak bardzo, jak ta …

A tymczasem trzeba przyznać, że nie każdy z nas uzyskał dobre wzorce od swoich rodziców. Nasi rodzice, to dzieci pokolenia wojennego, bo przecież nasi dziadkowie przeżyli wojnę, na pewno jej jakoś doświadczyli. Nasi dziadkowie, by przetrwać “musieli” wyłączyć emocje, wspomnienia, bardzo szybko zabliźnić rany. To “podali dalej” swoim dzieciom – czyli naszym rodzicom. To oznacza, że nasi rodzice to pokolenie, które nie zawsze miało umiejętność radzenia sobie z emocjami  swoimi, a co dopiero nas jako dzieci – bo skąd mieli to potrafić? Trzeba uznać, że nasi rodzice nie zawsze potrafili wzmacniać nasze poczucie własnej wartości, towarzyszyć w trudnych wyborach, wspierać w lękach. Bo skąd mieli to potrafić – wtedy nikt rodzicielstwa nie uczył … Trzeba uznać to jako fakt, ale nie po to, by przerzucić winę na naszych rodziców. Myślę, że nasi rodzice wielokrotnie “chcieli dobrze”, mieli dobre intencje. Nie chcę ich obwiniać, oceniać, rozliczać. Nie to mam na myśli – to nie o to tu chodzi. Trzeba uznać ten fakt po to, by wyruszyć w naszą, samodzielną podróż ku swojemu rodzicielstwu. Ku takiemu rodzicielstwu, jakie chcemy mieć i takiego jakiego potrzebują nasze dzieci …Trzeba uznać ten fakt, by przyznać się do swojego “nie wiem” jak mam postępować jako Rodzic, ” bo nie mam skąd wiedzieć” – bo ta deklaracja jest nam potrzebna, by wzbudzić w sobie potrzebę rozwoju, zmiany, doskonalenia właśnie w tej wyjątkowej roli … Bo to ciekawość siebie i naszego rodzicielstwa rozpoczyna transformację!

A ta transformacja wymaga odwagi, skupienia, pracy nad sobą … Decyzji, że zamiast ciągle narzekać, użalać się nad sobą, utykać w swoich ograniczeniach i pewnie nieświadomie popełniać te same błędy, chcę coś zmienić w sobie – nie w innych, nie w dziecku, nie w świecie, ale w sobie …. 

Stąd te warsztaty …


Kiedy kolejne warsztaty?

Niebawem, w lutym odbędą się te dwudniowe >> TU na FB znajdziesz więcej informacji. Zapraszam!!

A przypadku pytań pisz i dzwoń!

Zapisy ruszyły 🙂

X