Moje ulubione błędy w zarządzaniu czasem

Moje ulubione błędy w zarządzaniu czasem

Obiecałam, więc dotrzymuję słowa. Kolejny wpis miał być o czasie i jest o czasie. A raczej o tym, że i ja popełniam błędy w zarządzaniu nim. Jeżeli w ogóle czasem można zarządzać? Bo jak zarządzać czymś co nie jest w naszym posiadaniu … Hmmm zawsze mnie to frapowało.

Ale do brzegu. Jeżeli mam być szczera to przez prawie piętnaście lat pracy jako trener (tak, tak w tym nadchodzącym roku będę obchodzić 15 lat od momentu, gdy po raz pierwszy poprowadziłam warsztaty – ale o tym napiszę innym razem!) może dwa, czy trzy razy poprowadziłam warsztaty w temacie „zarządzanie czasem”. Ten temat nigdy mi nie leżał. Szczerze!

Nie czułam się w nim ani trenersko mocna, ani osobiście nigdy nie oceniałam siebie wysoko. Choć czasem nie wiem, jak ogarniam pracę, życie, dzieci, szkołę, męża, dom, swój rozwój … to ciągle mam poczucie, że nie starcza mi czasu na to co ważne, jak na przykład regularne pisanie na blogu. Jednocześnie mogłabym z łatwością wskazać osoby, które uważają mnie za mistrzynię w zarządzaniu czasem! Zawsze też uważałam, że w zarządzaniu czasem nie chodzi o zarządzanie czasem – ale o wartości, poczucie sensu i celowości w swojej pracy, asertywność, świadomość swoich potrzeb i umiejętność odważnego komunikowania ich. A także o współpracę i partnerstwo. Akurat bez współpracy z moim mężem i partnerstwo, które rządzi naszym związkiem mój plan dnia by leżał, kwiczał, zdychał, czas jak żelbeton nie dałby się zarządzać. Nawet by nie drgnął … Nie zrobiłabym nic. Nic a nic z moich ambitnych, szalonych, rozwojowych planów … mając na swojej głowie wychowanie  naszych chłopców.  Także myśląc o zarządzaniu czasem, rzadko zwracałam uwagę na sam czas, skupiając się bardziej na tych miękkich umiejętnościach, które są „pod spodem”.

Także ten, mając tak mocno ugruntowane przekonania na temat czasu i zarządzania czasem z typowym dla siebie dystansem i odrobiną ciekawości sięgnęłam po książkę „Elastyczne zarządzanie czasem” autorstwa Izebeli Krejca – Pawski.

Co oznaczał ten dystans? Ten dystans można podsumować pytaniami, które kłębiły się w mojej głowie …

 „No, to bardzo interesujące … czy ta książka mnie czegoś nowego nauczy? Czy ja mogę coś jeszcze robić lepiej …? Hhhmmmy ciekawe jakie błędy popełniam….?”

I właśnie to ostatnie pytanie, ta ostatnia perspektywa „błędów” towarzyszyła mi przy czytaniu tej książki. I znalazłam. Tak znalazłam błędy, które popełniam i zarządzam swoim czasem w sposób niedoskonały.

Jeżeli więc chcesz poznać 5 moich – osobistych i ulubionych – błędów w zarządzaniu czasem, to zapraszam!!

OTO ONE:

BŁĄD #1

Ciągle zapominam o tym, że pracuję w systemie sieciowym, a nie strumieniowym. Co w praktyce oznacza, że zapominam, że moje życie i moja praca wymaga innych metod zarządzania czasem, niż u osób pracujących strumieniowo, rzekłabym tradycyjnie. Co w praktyce oznacza również, że ciągle karzę siebie za zmienność planów, dobijam się obowiązkiem uczenia kolejnych nowych umiejętności, marnuję energię na strach przed planowaniem długookresowym, które mnie często bardziej przeraża, niż budzi zadowolenie i spokój. A niesłusznie, bo wszystkie te emocje i doświadczenia powinnam zaakceptować, „przytulić” jako moje i przyjąć, że tak wygląda mój świat! Taka jest moja rzeczywistość. I tyle. Czas więc czerpać z niej korzyści, bawić się nią, cieszyć z niej zamiast ciągle karać i katować, że jej nie ogarniam, tak jak bym chciała … Ech 🙂

Czym jest więc praca w systemie sieciowym? Po czym możesz rozpoznać, że pracujesz sieciowo? Ja Marta pracuję sieciowo, gdyż:

  • moja praca jest złożona i wielowątkowa – jednocześnie zajmuję się prowadzeniem warsztatów otwartych, jak warsztatów dla biznesu, prowadzeniem procesów coachingowych, promocją MANUFAKTURY, relacjami z klientami i … (lista czasem nie ma końca!);
  • w grudniu planuję, co będę robić w maju. A w maju planuję co będę robić w grudniu. A do niektórych działań przygotowuję się kilka miesięcy.
  • jeżeli coś zaniedbam dziś – konsekwencje poczuję za kilka dni, tygodni. Jeżeli dziś nie zamówię materiałów biurowych – za tydzień nie będę miała na czym drukować materiałów na warsztaty, a bez nich klapa gwarantowana …
  • samodzielnie decyduję o swoim dniu, tygodniu, miesiącu, roku – nie mam szefa! Nie ma wspólników! Jestem sama. Siama!!
  • odpowiadam bardziej za wynik i efekt, niż za procedurę. Moich Klientów nie interesują procedury. Ich interesują tylko efekty.
  • zakres moich zadań nie jest ściśle określony – jest zmienny i zależny ode mnie, od sytuacji, klientów i ich potrzeb.
  • moja praca to różne umiejętności, których ciągle muszę się uczyć. Ciągle i nieustająco muszę się uczyć nowych umiejętności, tych trenerskich, biznesowych, ale też marketingowych.

A jak wygląda praca strumieniowa? To ład i porządek. To jasno określone zadania i godziny pracy. Brak fizycznej możliwości przynoszenia pracy do domu, a więc i nie robienie tego. Powtarzalność zadań. To brak możliwości samodzielnego porządkowania pracy i planowania jej na przyszłość.

Jaką lekcję sobie  mogę dać, by unikać tego błędu? Jak ze spokojem, poczuciem efektywności i bez poczucia wypalenia przetrwać i działać w systemie sieciowym? Autorka sama podpowiada mi takie wskazówki:

  • dziel pracę na etapy i z radością je zamykaj!
  • daj sobie prawo do odpoczynku,
  • unikaj przeciążeń i zmęczenia ilością zadań,
  • deleguj i egzekwuj!

BŁĄD #2

Mój błąd numer dwa, do którego wstyd się przyznać to za rzadkie porządkowanie mojej głowy. Konsekwencją pracy w systemie sieciowym jest to, że moją głowę ciągle zaświecają myśli, skojarzenia, niezakończone sprawy, nieodebrane telefony, wiszące maile, plany i planiki na przyszłość. Tak jest. Muszę się sobie i Wam przyznać, że zapominam o regularnych porządkach w mojej głowie i zapominam, że

powinnam traktować swoją głowę jako najważniejsze narzędzie do zarządzania czasem, o które po prostu trzeba dbać.

Jak dbać? Co ja mogę dla siebie zrobić?

  • sen!
  • czytanie
  • spacer
  • joga
  • ucieczka na moją wieś
  • ruch, sport
  • odpoczynek, wolne – nawet na kilka dni.
  • i oczywiście planowanie, notowanie, porządkowanie tego co mam zrobić …

BŁĄD #3

Choć wiem, że go popełniam. Choć wiem, że „ten błąd jest mój” od wielu lat, to jednak ciągle mu ulegam. Tak! Ja Marta Iwanowska – Polkowska ciągle mam skłonność, by odkładać pewne zadania na później. U mnie na tzw. „za późno”

Widzisz tę grafikę?

Tiiiaaaa … Ja bardzo często bywam w fazie „płacz, pot i łzy”. Tak, tu mnie możesz spotkać. Nie jest to powodem mojej dumy, wręcz przeciwnie jest to dla mnie powodem do rozpaczy. I fakt, przyjmując się mojemu życiu uważnie łatwo zauważyć, że rozgoszczenie się w fazie „płacz, pot i łzy” w moim przypadku jest często konsekwencją zdarzeń niezaplanowanych, nieprzewidywalnych wynikających chociażby z bycia mamą. To … To jednak jednocześnie powinnam wziąć z tej zależności taką lekcję, by jednak planować z duuuużo większyyyyym wyprzeeeeeedzeniem, niż wymaga tego sytuacja, by mieć zapas na wypadek tego co niezaplanowane i co nieprzewidywalne.  Po co? By jednak jak najrzadziej bywać  w fazie „płacz, pot i łzy”, bo jak to mawia moja koleżanka Asia, to bywa bardzo „drenujące dla emocji” … A to nie jest mi potrzebne.

BŁĄD#4

Ciągle walczę z natura „taka, taka”. Tak, tak – ja Marta za dużo biorę na siebie, a ciągle za mało odmawiam. I choć paradoksalnie bardzo często uczę tego menedżerów na warsztatach biznesowych, to sama mam jeszcze ogromne pole do popisu w obszarze asertywności – odmawiania i delegowania.  Za często używam słów „OK”, „jasne zrobię to”, „tak, zajmę się tym”. A za rzadko zaś pozwalam sobie na słowa takie jak „to fajny pomysł, ale się jego nie podejmę”, „OK mogę to zrobić, ale na swoich warunkach i w swoim czasie”. I co ciekawe potrafię powiedzieć biznesowi, że warsztat ze mną mogą zrealizować za dwa, trzy miesiące. Ale gdy przychodzi do mnie jakaś fajna propozycja w duchu rozwojowo – relacyjnymi, to trudno, bardzo trudno mi odmówić, przełożyć, negocjować warunki.

Co mogę z tym zrobić?

Hmmmmy … już kiedyś o tym pisałam, na przykład TU pisząc o przyzwoleniu.

Bądź TU pisząc o tym, że jestem Panią swojego czasu. O kurczę, czy ja napisałam ten wpis?

I jeszcze na koniec.

Chcesz sprawdzić, czy Twoją naturą, jest natura „taka, taka”. Bardzo proszę!! Tu masz kilka pytań sprawdzających:

BŁĄD #5

O tym błędzie już pisałam, pisząc o braku porządków w mojej głowie. Ale jest to błąd na tyle ważny i wymagający pilnej zmiany, że muszę mu dać oddzielną uwagę. Mój błąd numer #5 to to, że nie zaczynam dnia od relaksu. A powinnam…

  • Powinnam chodzić wcześniej spać.
  • Wstawać wcześniej.
  • Dawać sobie rano czas, choć 10 minut na relaks, medytację, rozciąganie.

Poranki nie są moją mocną stroną. Wręcz przeciwnie, to najgorszy moment mojego dnia. Nie jestem tzw. skowronkiem – nie znoszę wstawać przed 7.30, nie znoszę budzika i drzemek, szybkich śniadań i szybkiego pakowania śniadaniówek. Mogę wymieniać powody mojej męczarni bez końca… ale po co? Ten cały poranny rytuał przypominający raczej serię tortur nie służy mi, nie służy mojej uważności, kreatywności ani efektywności.

Nie mam nic innego, jak to zmienić!

Może więc mam rację pisząc, że:

  • Powinnam chodzić wcześniej spać.
  • Wstawać wcześniej.
  • Dawać sobie rano czas, choć 10 minut na relaks, medytację, rozciąganie.
  • Moim obowiązkiem jest po prostu zadbać o siebie!

Ps. Porażką jest to, że piszę ten post w nocy. Na zegarku jest 00:52, a skończę pewnie za godzinę.

Czy jutro mój poranek będzie wyglądać „lepiej”… Dam znać kiedy to się stanie!


I jeszcze podsumowując, co autorka książki zaznacza, wskazuje na początku? Jak widzi różnice pomiędzy zarządzanie czasem, a organizacją pracy.

Jeżeli chcesz efektywnie zarządzać swoim czasem MUSISZ pamiętać o tym, by:

  • robić, tylko to co trzeba i co ważne,
  • mieć świadomość swoich celów i dążyć do nich,
  • eliminować zbędną pracę
  • planować, planować i jeszcze raz planować – po to by działanie skończyło się konkretnym efektem.

Zaś jeżeli chcesz TYLKO  organizować swoją pracę, to do tego wystarczy:

  • utrzymywanie zadań pod kontrolną i dbanie o to, by nic nie umykało.
  • realizować zadania na czas
  • funkcjonować w uporządkowanym systemie
  • organizować działania tak, by wszystko zostało zrobione.

To do Ciebie należy decyzja, którą drogą chcesz iść? Ja powoli się przekonuję do tego, że jestem świetna w organizacji i mogę trochę popracować nad tym, by lepiej zarządzać swoim czasem. Tak tego mi trzeba! A moje hasło na rok 2018 to GRANICE. GRANICE. I JESZCZE RAZ GRANICE,  tak by eliminować zbędą pracę!

 

O coachingu, coachingu narzędziowym i byciu szefem

O coachingu, coachingu narzędziowym i byciu szefem

Czasami jak patrzę na częstotliwość moich postów blogowych myślę sobie, że utrzymywanie zakładki „blog” na mojej stronie nie ma większego sensu … Bo w sumie piszę kilka razy w roku, zamiast kilka razy w miesiącu. Często obiecuję sobie i innym, że napiszę a nie piszę … jestem do bani, a nie bloger myślę sobie.

 Ale ponieważ za sprawą mojej “bratniej duszy” <3 Gosi Olewnik trenuję wobec siebie podejście self-compassion to tak często jak pojawiają się te okrutne myśli, próbuję, przynajmniej się staram odrzucić je precz i podejść do siebie z wyrozumiałością, życzliwością i wdzięcznością zamieniając wewnętrznego krytyka na racjonalną mentorkę. Po co? A po to, by dać zrozumienie dlaczego tak rzadko piszę i tym samym zachęcić samą siebie do pisana. Otóż piszę rzadko nie dlatego, że nie mam o czym pisać. Bo mam – mój notes blogowy (bo tak, takowy prowadzę) pęka w szwach od ilości zapisanych myśli i sentencji. Otóż piszę rzadko nie z lenistwa, tylko raczej z nadmiaru zajęć, ciągle otwierających się przede mną szans i możliwości, jak i naturalniej konsekwencji takiego stanu rzeczy, czyli chronicznego braku czasu. Tak! Z tym czasem może mam i problem dlatego, kolejny wpis będzie właśnie o moich wzlotach i upadkach związanych z zarządzaniem czasem, które jak się okazuje po lekturze pewnej książki nie są tylko moje J

Także ten z życzliwością dla siebie i z wdzięcznością muszę stwierdzić, że ten rok który za moment się skończy był rokiem intensywnego zgłębiania, promowania tematu, który jest mi niezwykle bliski, który idealnie wpasowuje się w moje coachingowo – trenerskie wartości i którym jest „coachingowe podejście w zarządzaniu”. Ten temat skradł moje trenerskie serce, a kilka słów pisałam o tym podejściu TU. I co pragnę podkreślić, w 2017 roku prowadziłam warsztaty głównie z niego, wspierając w rozwoju z tego tematu łącznie około 100 menedżerów. Tak piękna jest liczba! Sama jej sobie zazdroszczę i stwierdzam z czułością „gdy nie pisałam, to rozwijałam. I to rozwijałam z sensem i z odwagą”.

I o tym będzie ten wpis, a raczej o książce po którą sięgnęłam, bo tego tematu dotyczy. O jakiej książce mowa? O książce „Szef w roli coacha” autorstwa dwóch doświadczonych trenerów i menedżerów Roberta Zycha i Wojciecha Badury. Więcej informacji o tej książce możesz znaleźć TU.

O czym jest ta książka?

Dla kogo jest ta książka?

I czy warto po nią sięgnąć?

Bo pewnie te trzy pytania pojawiają się jako pierwsze, gdy widzisz okładkę  jeszcze nieczytanej książki.

Po kolei…

O czym jest ta książka?

O metodzie wsparcia rozwojowego upowszechnionej pod nazwą coaching on the job – a przez autorów zamiennie nazywanej coachingiem narzędziowym.

Czym jest więc coaching on the job, czyli coaching narzędziowy? Odpowiadając na te pytanie najkrócej jak się da, bo przecież jest o niej cała książka … jest to metoda:

  • polegająca na partnerskiej współpracy dwóch osób, z których jedna – coach – tu w szczególności, szef menedżer, pomaga drugiej – podopiecznemu, czyli pracownikowi w dokonywaniu konkretnych, określonych zmian w pracy, a także w życiu,
  • jest to metoda bazująca na obserwacji podopiecznego w pracy i rozmowie, w której ów podopieczny zapraszany jest do spojrzenia na swoją pracę, działania, myślenie z innej perspektywy – tak by zwiększyć efektywność swoich działań,
  • a także bazująca na założeniu, że to podopieczny sam szuka rozwiązań oraz je wdraża, a rolą coacha jest towarzyszenie mu w tym procesie, a nie wyręczanie go.
  • jest to metoda, której cechą charakterystyczną jest zapewnienie podopiecznemu okazji do bezpiecznego przećwiczenia nowych umiejętności zawodowych. Stąd też określenie „on the job” i „narzędziowy”. Ten rodzaj coachingu skupia się bowiem na dostarczaniu podopiecznemu narzędzi – nowych umiejętności, sposobów działania – wprost do zastosowania w pracy, podczas realizowania działań zawodowych.
  • w coachingu narzędziowym stosowanym przez przełożonego ważne jest to, że proces coachingu może zainicjować zarówno menedżer zaniepokojony efektami pracy pracownika, jak i pracownik, chcący skorzystać z wsparcia przełożonego, by zwiększyć swoją efektywność. Ważne, wręcz kluczowe jest jednak to, że w tym rodzaju coachingu, jak i w każdym innym – pracownik musi być świadomy, że to podejście jest wobec niego stosowane i powinien przejawiać motywację, chęć zmiany i rozwoju. Bez inicjatywy pracownika, który jest beneficjentem coachingu to podejście nie zadziała. Ręczę, że nie zadziała … jak i każde inne.
  • To co ważne stosowanie tego podejścia wobec pracowników „zwalnia” przełożonego z obowiązku bycia wszechwiedzącym, ja to nazywam z obowiązku bycia „wielepem”, który ZAWSZE daje GOTOWE i DOSKONAŁE ROZWIĄZANIA. A zachęca z kolei do bycia bardziej partnerem w relacji z podwładnym.

… i więcej nie napiszę. Po więcej musicie sięgnąć do tej książki.

Dodam tylko, że autorzy bardzo słusznie i bardzo im za to dziękuję stawiają granice pomiędzy coachingiem narzędziowym, a coachingiem rozwojowym, który jest mi osobiście bardziej bliższy. Jakie to różnice?

  1. Po pierwsze coaching on the job (narzędziowy) polega na obserwowaniu swojego podopiecznego, pracownika podczas realizowania przez niego zadań zawodowych. Podczas gdy coaching rozwojowy tego nie wymaga i bez takiej możliwości też jest skuteczny.
  2. Coaching on the job, jak wskazuje nazwa odbywa się w pracy, na stanowisku pracy – podczas gdy coaching rozwojowy może być realizowany w dowolnym miejscu, w oderwaniu od miejsca pracy, często też zdalnie.
  3. Coaching rozwojowy może dotyczyć różnych obszarów – związanych z pracą, rozwojem osobistym, kwestii prywatnych – podczas gdy coaching on the job dotyczy pracy, tylko pracy i spraw z nią związanych.
  4. Istotnym elementem coachingu on the job jest trening nowych umiejętności – czyli próbowanie, eksperymentowanie z nowymi umiejętnościami. Przy czym w coachingu rozwojowym ten etap nie musi występować, bądź nie występuje w ogóle. Coaching rozwojowy nie musi dotyczyć tematu umiejętności.

Dlaczego podkreślam te różnice? Ponieważ one uświadamiają mi, i to była cenna refleksja, jaka pojawiła się u mnie przy czytaniu tej książki, że prowadząc warsztaty z podejścia coachingowego w zarządzaniu promuję podejście, które łączy w sobie coaching rozwojowy z coachingiem on the job (trzymając się definicji przyjętych w tej książce) – przy czym myślę, że w proporcjach 70% do 30% na rzecz coachingu rozwojowego. Jednak podejście rozwojowe jest mi aktualnie bliższe.

Tyle w temacie definicji. Więcej, powtórzę się, możecie przeczytać w książce.

 Dla kogo jest więc ta książka?

Jest to zdecydowanie książka dla menedżerów. Ale nie dla coachów. Szczególnie nie dla coachów doświadczonych. Chyba, że jesteś coachem zakręconym na punkcie coachingowego podejścia w zarządzaniu. Tak jak ja 🙂 Dla jakich menedżerów jest więc ta książka?  

  1. w szczególności dla menedżerów, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z coachingiem i zaczynają interesować się tym, jak to podejście wpleść w swoje codzienne zarządzanie. Książka ta w sposób bardzo precyzyjny, konkretny, momentami elementarny wyjaśnia bowiem na czym polega to podejścia i czym różni się od podejścia dyrektywnego, opartego na  dostarczaniu pracownikom gotowych rozwiązań, kontroli i sztywnego rozliczania z efektów.
  2. przede wszystkim dla menedżerów sprzedaży zarządzających handlowcami, co daje łatwość obserwowania i analizowania ich pracy, a więc i prowadzania coaching on the job.
  3. ale też mistrzów produkcji, czy liderów zmian, którzy w firmach produkcyjnych mają stały kontakt z swoimi pracownikami. Widzą ich postępy, widzą ich sukcesy, ale widzą też błędy, porażki, niedociągnięcia, które wymagają omówienia i uważnej analizy nad zachowaniami pracownika, szczególnie gdy okazuje się że dawanie im bezrefleksyjnych poleceń, bez wsparcia w treningu nie działa.
  4. przede wszystkim dla menedżerów, którzy zarządzają pracownikami w fazie wzrostu, uczenia się, u których stały trening nowych umiejętności jest codziennością i stałą potrzebą.

Mam jednak poczucie, że menedżerowie, którzy bardziej chcą prowadzić z swoją kadrą coaching rozwojowy – czyli są mniej nastawieni na trening umiejętności, a także nie mają szans na obserwowanie swoich ludzi w działaniu – mniej skorzystają z tej pozycji. Mniej, ale nie znaczy, że wcale. Pragnę podkreślić, że jeżeli jesteś menedżerem, którego pracownicy to eksperci nie wymagający stałego uczenia się nowych umiejętności to pewnie będziesz bardziej zainteresowany coachingiem rozwojowym. Coaching rozwojowy może się sprawdzić, gdy Twoja kadra nie przychodzi do Ciebie po radę, po rozwiązanie, nie przychodzi też po trening, ale po refleksję. Refleksję nad decyzją, którą ma podjąć, czy też nad rozmową która jest przed nimi.  

 

Czy warto po tę książkę sięgnąć?

Myślę, że warto – choć decyzję musisz podjąć sam.

Podsumowując, oto kilka pytań, na które znajdziesz odpowiedzi w tej książce. A podkreślę, że są to pytania, które, albo często padają z ust menedżerów na warsztatach, które prowadzę właśnie z coachingowego podejścia w zarządzaniu. Albo są pytaniami, na które warto (bardzo warto, po prostu …) znać odpowiedzi, jeżeli chcesz stosować i promować coaching, coaching on the job, czy coaching rozwojowy w organizacji.

Jakie to pytania?

  1. Jak wprowadzić coaching on the job w swoim zespole? Jak zapowiedzieć stosowanie tej metody swoim ludziom?
  2. Czym jest kontrakt coachingowi i z jakim punktów powinien się składać? Każdy proces coachingowy, czy to prowadzony przez menedżera; czy to prowadzony przez coacha zewnętrznego powinien mieć punkt wyjścia właśnie w kontrakcie.
  3. Czym różni się coaching on the job od oceny okresowej? To ważne pytanie, ponieważ „obowiązek” obserwowania pracownika w trakcie w pracy, który jest kluczowym elementem składowym tego rodzaju coachingu może budzić taką pokusę, by coaching łączyć z oceną. Czy też do oceny sprowadzać, co jest dużym błędem, a wręcz nadużyciem.
  4. Czym się różni coaching on the job od informacji zwrotnej? Ale też czym jest „dobra” – konstruktywna i rozwojowa informacja zwrotna?
  5. Co robić, gdy pracownik neguje sens pracy tą metodą? Jak go do tej metody przekonać?
  6. Dlaczego coaching on the job NIE może służyć do tego, by podopieczny – pracownik realizował TYLKO cele rozwojowe narzucone przez przełożonego?
  7. Dlaczego w coachingu, także tym narzędziowym jest bardzo, bardzo, bardzo mało miejsca na dawanie gotowych rozwiązań i dobrych rad?
  8. Dlaczego coachujący menedżer powinien stale „pracować” z swoimi przekonaniami? Przyglądać się im, rozumieć je, zmieniać gdy okazują się ograniczające dla jego i jego pracy.

 

Tyle. Więcej nie napiszę. Po więcej musisz sięgnąć sam, sama 🙂

Ps.

I coś ode mnie na koniec. Nie wiem, czy wiesz  że nagrywam podcasty? Czyli audycje, rozmowy o tym co dla mnie jako coacha, psychologa ważne. Jedną z nich dedykowałam właśnie coachingowemu podejściu w zarządzaniu – temu jak menedżer może korzystać z coachingu w swojej pracy. Posłuchaj! Zapraszam!! Możesz posłuchać na mojej stronie TU, bądź bezpośrednio na soundcloud, czyli TU.

 

Zaproś pozytywność do siebie …

Zaproś pozytywność do siebie …

Wstyd się przyznać. Tak wstyd, ale tę książkę dostałam od Kasi (a dokładniej Kasi Bogusz – Przybylskiej > autorki tej książki, jak i bloga www.babskietabu.pl) już na początku tego roku. Kilka razy wracałam do niej. Czytałam jedno, dwa pytania … ale zawsze brakowało mi czasu na zatrzymanie się, refleksję, a co dopiero chwilę pracy z tą pozycją. Tak, tak – rok szkolny to dla mnie wyjątkowy czas. Wyjątkowo ciężki, męczący i nie zapraszający do tego, by mieć czas na to wszystko, co dla mnie dobre i czego potrzebuję. Nawet jak „zawodowo” wszystko sobie świetnie zaplanuję i ogarnę, to w szkole, czy w domu zadzieje się coś, co sprawi, że część planów trafi przysłowiowy szlag. I tak było z tą książką. Długo na mnie czekała. A kolejne miesiące roku szkolnego 2016 / 2017 pędziły jak szalone.

Aż zaczęły się wakacje. W końcu! Aż przyszedł lipiec. Mam czas. Mam czas!! Mam przestrzeń. Mam też co prawda ganiające wokoło dzieci… ale mam tych chwil dla siebie znacznie więcej niż w domu.

Zatrzymałam się i czytam. A nawet nie czytam, tylko pracuję z „Pozytywnikiem”, bo jak zobaczysz na zdjęciach poniżej, jest to książka nie tyle do czytania, co do myślenia, pisania i rysowania. Ta książka to pytania. TYLKO PYTANIA!! Ta książka to dokładnie 366 pytań, które zatrzymują czytelnika, by ten poszukał tego co pozytywne w jego życiu już JEST, albo czego pozytywnego w swoim życiu POTRZEBUJE.

Jakie są te pytania? Jako coach, czyli ktoś kto ciągle „pracuje pytaniami” muszę przyznać, że są bardzo fajne, mądre, ciekawskie. Są też inspirujące. Trafiają w sedno. Czasem drażnią. Często nie są łatwe, ale oto chodzi…

Oto moich dziesięć ulubionych pytań, przynajmniej na dziś:

„Wypisz 20 korzyści, które płyną z niedoskonałości”

„Co w Twoim życiu świeci najjaśniej?”

„Czego możesz się nauczyć od samej siebie”

„Co najczęściej czuje Twoje wewnętrzne dziecko”

„Jaka jesteś, gdy nikt nie patrzy”

„Narysuj siebie jako figurę geometryczną”

„Opisz siebie w 3 słowach”

„Narysuj czym jest dla Ciebie szczerość”

„Narysuj 3 najważniejsze lekcje, jakie podarowali Ci rodzicie”

„Ile kalorii ostatnio kupiłaś?”

I mili Państwo. To tylko 10 pytań, a przypominam, że książka składa się z 366. Jest z czym pracować. Jest z czego wybierać. Na czym się zatrzymać …



 

 

 

 

 

 

 

Ale tak szczerze. Pewnie chcecie zadać mi pytanie, czy polecam tę książkę?

Tak! Z pełną odpowiedzialnością polecam!

Oto sześć, moich osobistych i subiektywnych powodów, dla których warto wyposażyć się w „Pozytywnik”. Wyposażyć i z nim pracować, oczywiście:

  1. Po pierwsze. Książka jest tak skonstruowana, by codziennie, na oddzielnej stronie czytelnik mógł zatrzymać się na jednym pytaniu i udzielić na nie osobistej, refleksyjnej odpowiedzi. Rachunek jest prosty. Jedno pytanie = jeden dzień. Skorzystanie z tego rytmu może być okazją do utrwalenia codziennej praktyki pracy ze sobą i dla siebie. Tak jak myjemy zęby przed snem i ustawiamy budzik, bądź pijemy poranną kawę, tak codziennie możemy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. Tak jedno – ale szczerze i dokładnie. Z uważnością, a nie byle jak … Dla siebie!
  2. Po drugie. Książka ta daje okazję do trenowania „wdzięczności”. Tak przynajmniej ta książka zadziałała na mnie. Wdzięczność to praktyka poznawcza polegająca na dziękowaniu, byciu wdzięcznym za to co mamy, co doświadczamy. Zamiast ciągłego „katowania się” za to, czego nie mamy, czego nam brakuje. Za co ja zaczęłam być wdzięczna, dzięki pracy z tą książką? Za co? Na przykład za osoby, które mogę z przyjemnością podziwiać – dziękuję, że spotkałam je na swojej drodze. Za to, że mam przy kim i z kim czuć się bezpiecznie. Za to, że stałam się taką osobą, jaką chciałam być w dzieciństwie. Fajnie mieć tego świadomość. Za decyzje, które podjęłam przez ostatni rok. I co warto podkreślić – Ty pracując z tą książką możesz być wdzięczny za coś zupełnie innego, wyjątkowego dla Ciebie.
  3. Po trzecie – wielką wartością tej książki jest to, że możesz po niej pisać. Tak! Pisać. Pisać, notować, zatrzymywać ważne myśli. Do tego ona służy. Ale co bardzo ważne i ciekawe to to, że część pytań, zadań wymaga od Ciebie narysowania odpowiedzi.  A rysowanie to aktywność wymagająca uruchomienia innych część mózgu, niż pisanie. Rysując sięgamy do takich wniosków, odkryć do których na co dzień nie mamy dostępu, bo przecież dziś, będąc dorosłym bardzo rzadko rysujemy …Rysowanie jest twórcze i już. Pozwala zastąpić słowa, ulubione określenia, obrazami, które otwierają na „nowe”. A ponieważ rysujesz dla siebie, w swoim „Pozytywniku” to nie ma szans na krytykę, lęk przed oceną innych, co jest miłe i uwalniające. Co ma szansę być bardziej odkrywcze!
  4. Po czwarte, pytania, które zawarte są w „Pozytywniku” dotyczą trzech perspektyw czasowych. Autorzy zatrzymują nas przy refleksji nad tym, jak jest TERAZ. Zapraszają też do PRZYSZŁÓŚCI – inspirując do tego, by nazwać to czego potrzebujemy, za czym tęsknimy. Ale pojawiają się też pytania o to, CO BYŁO – w szczególności pytając o dzieciństwo, czy rodzinę z której się wywodzimy. Dotykanie tych trzech perspektyw wzbogaca refleksję o sobie.  Zachęca do planowania przyszłości. Ale też „puszczenia”, czy docenienia „przeszłości”.
  5. Po piąte „Pozytywnik” jest dla duszy i ciała. Adam Adamek, drugi autor tej książki jest dietetykiem, zna się na żywieniu. Wie co dobre dla ciała, a czego powinniśmy unikać, by zatroszczyć się o siebie. Dlatego wśród pytań o duszę są w „Pozytywniku” pytania o ciało, zachęcające do tego , by właśnie o ciało zadbać. Zgodnie z hasłem „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – warto!
  6. I po szóste, część pytań jest naprawdę zakręconych i wybijających z schematu. Mój Roch powiedziałby nawet, że hardcorowych. Takim pytaniem jest na przykład „Gdzie leży Madera i z jakich owoców słynie?”. I choć wiem, gdzie leży Madera. I choć bardzo żałuję, że kiedyś już prawie na nią poleciałam, ale się nie udało. I choć ciągle zazdroszczę mojemu mężowi, że On już tam był (z pracy…) – to nie wiedziałam z jakich owoców Madera słynie. Inne hardcorowe pytania to np. „Czy wiesz po co masz tarczycę?” albo „Ile kalorii ma jabłko?”. Tak te hardcorowe pytania zmuszają do poszukania wiedzy. I wierz mi wszystkie pytania o tarczycę, wątrobę i kalorie, są warte tych poszukiwań …

Także polecam tę książkę bardzo. Dla siebie. Na prezent. Dla  każdej kobiety – małej i dużej. Dla Mamy, Córki, Siostry, Przyjaciółki, Sąsiadki i Teściowej, bo ta książka jest w szczególności dedykowana kobietom…

 

***KONKURS ***

Tak jak wspomniałam książkę „Pozytywnik” dostałam w prezencie od autorki. I choć nie mam zwyczaju oddawać prezentów, a wręcz uważam to za pewien nietakt, tak tym razem stwierdziłam, że zrobię inaczej. Jedną z moich  zasada życiowych jest zasada „podaj dalej” – lubię podawać dalej wiedzę, umiejętności, które posiadam. Lubię „podawać dalej” refleksję, mądre myśli, ważne i trudne pytania, inspirujące historie … Stwierdziłam więc, że „podam dalej” tę książkę.

Stwierdziłam, że poprzez konkurs przekażę tę książkę w kolejne ręce, by inną osobą urzekła swoją pozytywną siłą. Dlatego na wszystkie pytania z „Pozytywnika” odpowiadałam w moim osobistym notatniku nie naruszając tym samym mojego egzemplarza, by ten w ręce kolejnej osoby trafił w nienaruszonym stanie. Pojawił się tylko jeden problem. Okazało się, że Kasia zostawiła w nim dedykację. Ale dedykację „tylko” dla Marty – bez nazwiska – i jak to powiedział mój mąż „Tak, ta dedykacja spodoba się każdej Marcie :-)”.

Także ten … Także konkurs jest przede wszystkim dla:

  • Mart!
  • Tych, którzy znają jakąś Martę i chcą ją tą książką obdarować! Dedykacja od autorów będzie wtedy miłym „dodatkiem”.
  • Tych wszystkich, którym dedykacja „Dla Marty” nie będzie przeszkadzać, a co najwyżej da okazję do miłego wspomnienia mnie, czy innej Marty!

JAKIE SĄ ZASADY TEGO KONKURSU?

  1. Tutaj, bądź pod postem konkursowym na moim funpagu na Facebooku napisz odpowiedź na następujące pytanie / pytania:

W jaki sposób „Pozytywnik” może wzbogacić Twoje życie?

Co może Ci dać?

Dlaczego Ty go potrzebujesz?

  1. Na Wasze odpowiedzi czekam przez tydzień, czyli do środy 2 sierpnia do godziny 24.00.
  2. Będzie mi też miło, jeżeli konkursowy post z funpagu na Facebooku udostępnisz  także na swoim profilu.
  3. Wśród Waszych odpowiedzi wybiorę najciekawszą i ta osoba otrzyma książkę, a także coś ode mnie. A co? A moje żółte naklejki, z #nażyć oczywiście!!
  4. Nagrodę wyślę pocztą.

To co, zagrasz? Zapraszam do udzielania odpowiedzi!

Ba! Czekam na nie!!

 


 

Ps. A jeżeli już dziś chcesz zakupić tę książkę, to zaglądaj na stronę Kasi www.babskietabu.pl,

a tam w sklepie znajdziesz ją na pewno. Sprawdziłam, jest!

 

X